poniedziałek, 1 maja 2017

Komu Ligę Mistrzów, komu?


Źródło: http://img.uefa.com

W walce o najbardziej prestiżowe trofeum w klubowej piłce pozostały już tylko cztery drużyny. W takiej chwili zwykło się mówić, że mamy do czynienia już tylko z najlepszymi, ale czy tym razem aby na pewno? Większość z nas wie, w jakich okolicznościach zakończyły się niektóre spotkania ćwierćfinałowe, zwłaszcza te z udziałem drużyn niemieckich; więcej niż o piłce mówiło się o skandalicznym sędziowaniu w meczu Real – Bayern czy zamachach na autokar piłkarzy Borussi Dortmund. Czasu jednak nie cofniemy, trzeba grać dalej, a przed nami jeszcze pięć fascynujących spotkań na najwyższym poziomie. I oby mówiło się po nich tylko o sprawach czysto sportowych.
Chciałbym poniżej przedstawić oraz omówić obie pary półfinałowe. Pozwoliłem sobie również poczynić małe typowanie, a w nawiasie zamieściłem szacowane przeze mnie szanse danej drużyny na końcowy triumf.

Real Madryt (25 % na zwycięstwo w LM) – Atletico Madryt (25 %)

Źródło: http://www.tapps.pl

Szykuje nam się niezwykle wyrównany dwumecz. Real i Atletico spotykają się ze sobą już po raz trzeci w przeciągu ostatnich czterech lat, jednak tym razem nie w finale, ale już na etapie półfinału. Jak większość z nas wie, w obu finałach lepszy okazał się Real, jednak za każdym razem były to spotkania bardzo wyrównane i rozstrzygane w dramatycznych okolicznościach. W 2014 roku piłkarze Atletico już witali się z pucharem, kiedy to w jednej z ostatnich akcji Sergio Ramos wyrównał stan rywalizacji na 1:1, a w dogrywce rozbici mentalnie zawodnicy z Estadio Vicente Calderon dali sobie strzelić trzy gole (w tym dwa już w samej końcówce). Jeszcze bardziej emocjonujący przebieg miał finał zeszłoroczny. Real ukłuł tym razem jako pierwszy (znów za sprawą Ramosa), jednak druga połowa od samego początku stała pod znakiem ataków Atletico. Najpierw rzutu karnego nie wykorzystał Antoine Griezmann, jednak grzechy kolegi odkupił pół godziny później Yannick Carrasco, którego bramka zadecydowała o kolejnej dogrywce w starciu obu drużyn z Madrytu. Pół godziny dodatkowego czasu nie wyłoniło zwycięzcy, więc w tym wypadku koniecznym okazało się rozegranie serii rzutów karnych. W niej lepsi okazali się zawodnicy Realu, którym wydatnie pomagał tajemniczo sparaliżowany Jan Oblak (wyglądało, jakby nagle zapomniał, jak się broni), a piłkarze Diego Simeone ponownie musieli obejść się ze smakiem.
Tegoroczny półfinał będzie stał pod znakiem chęci wyrównania rachunków za ostatnie starcia. Jest to zresztą ostatni dzwonek dla obecnego składu Atletico, aby coś jeszcze zdziałać na arenie międzynarodowej. Największa gwiazda drużyny, Antoine Griezmann, od dłuższego czasu jest wymieniany jako jeden z najbardziej łakomych kąsków na rynku transferowym. Nazwisko Yannicka Carrasco również co chwilę pojawia się wśród tego typu spekulacji, podobnie zresztą jak Jan Oblak, Saul Niguez czy Koke. Triumf w rozgrywkach być może pozwoliłby zachować szkielet drużyny i zatrzymać największe gwiazdy w zespole, jednak kolejny brak zwycięstwa najprawdopodobniej da sygnał co poniektórym, że w tym klubie więcej już po prostu nie osiągną. Pojawia się też zasadnicze pytanie, czy po ewentualnej porażce główny architekt sukcesów Atletico, charyzmatyczny trener Diego Simeone, będzie miał jeszcze motywację do prowadzenia drużyny, z której i tak wycisnął niesamowicie dużo.

Źródło: http://dailysportek.com

Inaczej wygląda sprawa w obozie rywala zza miedzy Atletico, czyli Realu. „Królewscy” chcą śrubować rekord triumfów w Lidze Mistrzów (w tej chwili mają ich aż jedenaście, drugi w klasyfikacji Milan wygrał LM „zaledwie” siedem razy), z pewnością mają apetyt, aby jako pierwsza drużyna od 1990 roku obronić trofeum, oraz przede wszystkim chcą udowodnić, że w półfinale znaleźli się nieprzypadkowo, pomimo ogromnych kontrowersji, jakie pojawiły się w trakcie spotkania ćwierćfinałowego z Bayernem Monachium. Nie chcę się za bardzo rozpisywać na ten temat, bo o ile sportowo Real wyglądał w większości dwumeczu rzeczywiście lepiej, to fakty są jednak takie, że w rewanżu Cristiano Ronaldo strzelił dwie bramki ze spalonego, a wyrzucenie z boiska Arturo Vidala było zwyczajnie nieuczciwe. Możemy gdybać, ale kto wie, jak zakończyłaby się rywalizacja z Chilijczykiem w składzie Bayernu oraz lepsze wywiązywanie się sędziów ze swoich obowiązków; w końcu w drugim spotkaniu drużyna Ancelottiego z Robertem Lewandowskim w składzie zagrała na Estadio Santiago Bernabeu bardzo dobre zawody.
Trzeba uczciwie przyznać, że Real ma bardzo dużo argumentów po swojej stronie – zgrany kolektyw, znakomita druga linia, Cristiano Ronaldo, mocna ławka rezerwowych, ogarniający szatnię pełną gwiazd trener oraz siła samej nazwy. Z drugiej strony niejedna drużyna pokazała w tym roku, że „Królewscy” mają słabe strony – Bale i Benzema od dawna nie grają na swoim normalnym poziomie, CR7 potrafi przejść zupełnie obok spotkania, o ile zostanie odpowiednio pokryty, a Kroosa i Modricia również da się powstrzymać. Jeśli mam być szczery, to właśnie Atletico wydaje się idealną drużyną, która może drużynę Zidane'a wyeliminować. Jestem przekonany, że Diego Simeone odpowiednio zmotywuje swoich zawodników, którzy będą gryźć każdy centymetr kwadratowy boiska, aby tylko dojść do finału. Nie jestem wobec tego w stanie wskazać faworyta tego dwumeczu, szanse oceniam po równo, a o triumfie któregoś z zespołów najprawdopodobniej zadecydują detale.

Juventus Turyn (30 %) - AS Monaco (20 %)

Źródło: http://www.esatoursportevents.com

Ten dwumecz będzie interesował kibiców z naszego kraju szczególnie, gdyż w składzie Monaco występuje Polak, Kamil Glik. Mało kto chyba spodziewał się, że to właśnie lider obrony naszej reprezentacji jako jedyny dojdzie tak daleko w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Pytanie jednak, czy na tym etapie skończy swój udział w tych rozgrywkach? A może Monaco pokusi się o kolejną niespodziankę?
Drużyna z Francji zadziwia w tym roku przede wszystkim swoją grą ofensywną. W czterech ostatnich spotkaniach LM strzeliła rywalom aż dwanaście bramek, a nie grała z byle kim, bo najpierw ich rywalem był naszpikowany gwiazdami Manchester City, a później rozbita mentalnie Borussia Dortmund. Sama drużyna to mieszanka doświadczenia z młodością. Na prawdziwą gwiazdę wyrasta młodziutki Kylian Mbappe, a wielką przyszłość mają przed sobą Bernardo Silva, Fabinho czy Benjamin Mendy. Z drugiej strony o sile zespołu stanowią tacy zaprawieni w boju zawodnicy, jak Radamel Falcao, Joao Moutinho, wspomniany Kamil Glik czy bramkarz Danijel Subasić. Kto jednak ogląda spotkania Monaco uważnie, musi przyznać, że najsłabszą stroną drużyny jest koncentracja zawodników. Aż dziewięć straconych goli w ostatnich czterech spotkaniach chluby defensywie nie przynosi, a kto jak kto, ale Juventus grę z kontry ma opanowaną do perfekcji. Można powiedzieć, że Monaco gra tzw. „wesoły futbol”, oparty na zasadzie „oni nam cztery, to my im pięć goli”. Jest to piłka bardzo widowiskowa i lubiana, jednak w tak decydującym momencie, jak półfinał, może być zwyczajnie zgubna.


Źródło: www.przegladsportowy.pl

Juventus Turyn to, moim zdaniem, główny faworyt tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Zresztą po odpadnięciu Bayernu to właśnie im kibicuję z całego serca. Jest to drużyna bardzo doświadczona i niesamowicie zorganizowana. Dość powiedzieć, że na defensywę „Starej Damy” przez 180 minut nie potrafił znaleźć recepty nikt z trio Messi-Neymar-Suarez (temu trzeciemu w drugim spotkaniu zdążyła już się zresztą udzielać frustracja; na szczęście nikogo tym razem nie ugryzł), a w dziesięciu spotkaniach Buffon wyciągał piłkę z siatki jedynie dwa razy. Obrona Juventusu to w tej chwili chyba najbardziej zgrany kolektyw na świecie – Chiellini i Bonucci tworzą ścianę nie do przejścia, a wspomagają ich doświadczony Dani Alves oraz niezwykle solidny Alex Sandro. O Buffonie pisać wiele nie trzeba. To jeden z najlepszych bramkarzy w historii futbolu, który osiągnął w piłce prawie wszystko, ale Pucharu Mistrzów w rękach jeszcze nie trzymał. Najbliżej tego osiągnięcia był w 2003 roku, kiedy to wraz z Alessandro del Piero i Pavlem Nedvedem ciągnął Juve aż do finału. Szkoda jednak, że w serii rzutów karnych zawodnicy „Bianconeri” zapomnieli, jak strzela się z jedenastu metrów, i chociaż Buffon robił co mógł, to puchar wzniósł Paolo Maldini z Milanu. Ponowna szansa na triumf pojawiła się w 2015 roku, ale niestety tym razem silniejsza od zespołu Allegriego okazała się Barcelona. Właśnie ze względu na Gigiego, wiele osób z piłkarskiego świata kibicuje Juventusowi. Myślę, że bramkarz i człowiek tej klasy, jaką prezentuje Buffon, zasłużył na triumf jak mało kto. Jest on zresztą ostatnim z wielkich golkiperów XXI wieku, który jeszcze nie dostąpił zaszczytu podniesienia „uszatego” pucharu. Ligę Mistrzów wygrywał Kahn, Casillas, van der Sar, Cech, Neuer, Dida, a nawet nasz Jerzy Dudek. Pora zatem, aby do tego grona dołączył także Gigi. 
Poza świetną defensywą, Juve dysponuje wielkim potencjałem w drugiej linii. Sami Khedira to moim zdaniem najsłabsze ogniwo zespołu, ale potrafi pracować na boisku jak mrówka, co często zaciera jego braki techniczne. Miralem Pjanić to uznana już marka w piłce nożnej – dzięki jego solidnej grze w zasadzie nikt już nie pamięta o Paulu Pogbie. Skrzydła Mandżukić-Cuadrado to dość ciekawa mieszanka – niechciany w Bayernie Chorwat przeżywa w Juventusie drugą młodość i świetnie odnajduje się na dość nietypowej dla niego pozycji. Kolumbijczyk z kolei to prawdziwy koszmar dla bocznych obrońców – jest niezwykle szybki, bardzo dobrze drybluje i nie odpuszcza do ostatniej sekundy. Na specjalne wyróżnienie zasługują jednak dwie chyba największe obecnie gwiazdy zespołu, obie zresztą pochodzące z Argentyny. O Paulu Dybali mówi się już, że jest to następca Leo Messiego. Ostatnie miesiące są dla niego wręcz wyborne, a ukoronowaniem znakomitej formy był fenomenalny wręcz występ w pierwszym spotkaniu z Barceloną. Dwa gole oraz nieustanne nękanie obrońców Blaugrany potwierdziło tylko ogromny potencjał, jaki drzemie w tym wciąż młodym zawodniku. Myślę, że wszelkie argumenty przemawiają za tym, iż w przeciągu następnych lat Złota Piłka może trafić właśnie w jego ręce. Juve od tego sezonu może również pochwalić się klasyczną „9” w składzie w osobie Gonzalo Higuaina, jednego z najdroższych piłkarzy w historii (kupionego z Napoli za 90 mln euro). Chociaż może nie czaruje jeszcze tak jak w Napoli, to już można śmiało powiedzieć, że jego transfer był dobrym posunięciem. Mając w składzie napastnika, który w sezonie gwarantuje przynajmniej 30 goli (do tej pory ma na swoim koncie 29), na pewno nie można narzekać.

Od lewej: Antoine Griezmann, Cristiano Ronaldo, Kylian Mbappe, Paulo Dybala.
Źródło: http://i2.irishmirror.ie

Na koniec chciałbym przedstawić jeszcze garść statystyk na temat dotychczasowych osiągnięć omawianych klubów w całej historii Ligi Mistrzów. Zdecydowanie najbardziej utytułowaną drużyną jest Real Madryt, który zresztą prowadzi także w ogólnej klasyfikacji wszech czasów. „Królewscy” grali w finale aż czternastokrotnie, z czego triumfem zakończyli jedenaście decydujących starć (rekord LM). Ostatnią porażkę ponieśli w roku 1981, a pięć ostatnich finałów wygrywali. Juventus Turyn to z kolei jedna z najbardziej pechowych drużyn, jeżeli mówimy o ostatnich spotkaniach sezonu. „Bianconeri” występowali w finale ośmiokrotnie, ale tylko dwa razy udało im się zdobyć upragnione trofeum. Pierwszy triumf miał miejsce po słynnym, niestety tragicznym finale z Liverpoolem na stadionie Heysel (w składzie Juve grał wówczas Zbigniew Boniek), natomiast po raz drugi „Stara Dama” zwyciężyła w 1996 roku z Ajaxem Amsterdam po serii rzutów karnych. Cztery ostatnie finały (1997, 1998, 2003 i 2015) kończyły się porażkami Juventusu.
Czymże jednak jest brak szczęścia Juventusu przy pechu Atletico Madryt? „Los Colchoneros" trzykrotnie dochodzili do finału LM, niestety za każdym razem (w 1974 oraz 2014 i 2016) przegrywali. Żadna inna drużyna nie ma tak złego bilansu w całej historii Champions League. AS Monaco wygląda przy reszcie zespołów jak Kopciuszek. Tylko raz (w 2004 r.) drużynie z księstwa udało się dojść do decydującego spotkania sezonu, jednak tam rewelacja ówczesnych rozgrywek musiała uznać wyższość FC Porto.
Życzę nam wszystkim, aby nadchodzące spotkania Ligi Mistrzów były emocjonujące, obfitowały w mnóstwo znakomitych akcji, pięknych goli i przede wszystkim aby na pierwszym miejscu był tylko i wyłącznie futbol, a nie sytuacje pozaboiskowe czy kontrowersje związane ze skandalicznym sędziowaniem. I niech wygra Juventus!
Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

niedziela, 5 marca 2017

Komu O$cara, komu?

Źródło: http://oli.redblog.gp24.pl
Chociaż od 89 ceremonii wręczenia Oscarów minął już tydzień, a emocje związane z tą wciąż najbardziej prestiżową coroczną galą w świecie Hollywood nieco opadły, to i tak parę słów na temat tego, co działo się w ubiegłą niedzielę, można jeszcze napisać. Zwłaszcza, że z kilku powodów to rozdanie przeszło do historii. Szkoda tylko, że niekoniecznie pozytywnych.
Nie oszukujmy się – chociaż Oscar to wciąż wielkie marzenie niejednego aktora czy reżysera, wartość tej nagrody w ostatnich latach mocno się zdewaluowała. Odnoszę wrażenie, że co roku wiele wyróżnień trafia do niewłaściwych osób, a kryterium nagradzania nie jest faktyczna wartość konkretnego filmu, lecz jego odpowiednia, a nawet modna w danym okresie tematyka. Nie od dziś zresztą mówi się, że wiele produkcji jest zrobionych "typowo pod Oscary". O ile statuetki w kategoriach aktorskich czy technicznych zwykle otrzymują osoby, które faktycznie na to zapracowały (chociaż i tu zdarzają się wpadki), to już najważniejsza nagroda roku, czyli "najlepszy film" z nie do końca przeze mnie zrozumiałych powodów wielokrotnie trafia do producentów, którzy wcale na to nie zasłużyli. W XXI wieku Oscara w najważniejszej kategorii otrzymały chociażby takie produkcje, jak holly-bollywoodzka bajeczka "Slumdog. Milioner z ulicy", przeciętne "Miasto gniewu", średni "The Hurt Locker. W pułapce wojny", arcynudna "Operacja Argo", czy mimo wszystko dobry, ale znacznie słabszy od swoich konkurentów, poruszający zawsze modną tematykę "Zniewolony". Jakby tego było mało, po ubiegłorocznej gali podniosło się wielkie larum, jakoby to Hollywood dyskryminowało artystów czarnoskórych, w wyniku czego powstała nawet specjalna akcja #oscarssowhite, która miała teoretycznie na celu uwypuklić ten problem, jednak w rzeczywistości wymusić jak największą ilość nominacji i nagród dla wykonawców o innym kolorze skóry niż biały. Panie i Panowie protestujący – Wasze błagania zostały wysłuchane. Ale po kolei:
W tym roku do najważniejszej nagrody nominowano dziewięć filmów:
1. Nostalgiczny musical "La La Land", który po drodze zdobywał wszystkie możliwe nagrody i typowano go nawet do pobicia rekordu wszech czasów, jeśli chodzi o zdobycie wyróżnień w jednym rozdaniu,
2. Kameralny, ale sprawnie wyreżyserowany, słodko-gorzki dramat "Manchester by the Sea" ze świetną rolą Casey'a Afflecka,
3. Również kameralny, ale dość nudny dramat obyczajowy "Moonlight", pokazujący życie czarnoskórego homoseksualisty, dorastającego w dzielnicy zdominowanej przez narkotyki,
4. Świetny powrót Mela Gibsona w postaci jednego z najlepszych filmów wojennych XXI wieku – "Przełęcz ocalonych",
5. Niezwykle ambitne sci-fi "Nowy początek" w reżyserii jednego z najciekawszych reżyserów ostatnich lat, Dennisa Villeneuve'a,
6. Klimatyczne "Aż do piekła", przypominające nieco nagrodzone dekadę temu "To nie jest kraj dla starych ludzi",
7. Ambitne "Fences" w reżyserii Denzela Washingtona, przedstawiające problem segregacji rasowej,
8. Poprawne "Ukryte działania", opowiadające o życiu trzech Afroamerykanek, współpracujących z NASA przy misji wysłania człowieka w kosmos,
9. "Lion. Droga do domu", czyli historia porzuconego w dzieciństwie Hindusa.


Źródło: https://ciaranshea.files.wordpress.com

Już od pierwszego dnia nominacji pewien byłem jednej rzeczy – na pewno nie wygra mój faworyt. Gdyby ode mnie zależało, w czyje ręce powinna trafić nagroda za najlepszy film 2016 roku, statuetka powędrowałaby do twórców "Nowego początku" bądź "Przełęczy ocalonych". Obie produkcje zrobiły na mnie wielkie wrażenie, a oglądając je w kinie, nawet nie spoglądałem na zegarek. Były to filmy emocjonalne, świetnie zrobione, niegłupie i przede wszystkim angażujące widza w 100%. Ostatecznie po Oscarze otrzymały, ale w kategoriach... dźwiękowych. 
Mocno natomiast obawiałem się skuteczności akcji #oscarssowhite i to nie dlatego, że mam jakieś uprzedzenia do ludzi o innym odcieniu skóry (a zapewniam, że nie mam), ale ryzyka, iż w imię politycznej poprawności nagrody trafią nie do tych, którzy faktycznie na nie zasłużyli. W sam dzień rozdania czułem podskórnie, że wielki faworyt "La La Land" przegra w decydującej kategorii z którymś z tego typu filmów. Okazało się, że byłem w błędzie... ale tylko przez minutę. Tak jak i zresztą cały świat. Nie dość, że główną nagrodę otrzymał jeden z najsłabszych w stawce nominowanych obrazów, to w dodatku osoba odpowiedzialna za przekazywanie kopert popełniła katastrofalny błąd, który wyglądał niczym wyjęty ze słynnej sceny rozdania Oscarów w kultowej "Nagiej Broni: 33 i 1/3". Oto w kulminacyjnym momencie, kiedy emocje sięgały zenitu, a cały świat w napięciu czekał na ogłoszenie werdyktu, legendarna Faye Dunaway wyczytała z kartki trzymanej przez podejrzanie skonsternowanego Warrena Beatty'ego trzy słowa: "La La Land". Znajdujący się w wielkiej euforii twórcy już zdążyli odebrać statuetki, kiedy nagle na scenę wparował jeden z pracowników (?) Akademii, aby obwieścić całej kuli ziemskiej, że to nie musical Damiene'a Chazelle'a, lecz do bólu przeciętne "Moonlight" zostało wybrane najlepszym filmem 2016 roku. Okazało się bowiem, że Beatty otrzymał przed wejściem niewłaściwą kopertę, na której widniały dane... Emmy Stone, nagrodzonej chwilę wcześniej w kategorii "najlepsza aktorka pierwszoplanowa". Wstyd mieliśmy zatem podwójny, bo nie dość, że nagrodę otrzymał film niczym nie wyróżniający się, przeceniony i zrobiony wręcz typowo pod akcję #oscarssowhite (ok, "La La Land" też do arcydzieła daleko, ale tutaj chociaż reżyseria i sama strona techniczna prezentowała bardzo wysoki poziom), to oto wyśmiewająca się co chwilę z Donalda Trumpa świta snobów sama strzeliła sobie nawet nie w stopę, ale idealnie między oczy, popełniając szkolny błąd w najważniejszym momencie całej gali. Wolę nie myśleć, co czuły osoby odpowiedzialne za produkcję "La La Land", kiedy musiały zwrócić swoje statuetki...
Jeśli chodzi o inne kategorie (wszystkich wymieniać nie będę – do pełnej listy odsyłam na http://www.filmweb.pl/awards/Oscary/2017), wielkich skandali nie było, chociaż i tu można się czepiać. Mahershala Ali to rzeczywiście najjaśniejszy punkt "Moonlight", ale jego występ był dość krótki, a i z pewnością nie tak charakterny jak chociażby Michaela Shannona w "Zwierzętach nocy" (bezczelne pominięcie tego filmu w pozostałych kategoriach to dla mnie kolejna, zupełnie niezrozumiała decyzja wielkiego gremium), któremu zdecydowanie bardziej należała się statuetka za rolę drugoplanową. Viola Davis od kilku miesięcy miała Oscara w kieszeni, więc nie było tu żadnej niespodzianki, chociaż mnie osobiście ujęła Michelle Williams w "Manchester by the Sea", która spędzając ledwie kilka minut na ekranie (czyli nieco krócej niż M. Ali), wykorzystała je do maksimum, całkowicie skupiając na sobie uwagę widza. Emma Stone w "La La Land" zagrała chyba najlepiej w karierze i osobiście ta nagroda mi nie przeszkadza, za to niezwykle cieszę się z wyróżnienia Casey'a Afflecka, który w "Manchester by the Sea" wspiął się na wyżyny aktorstwa i pokazał, że mając na nazwisko Affleck można jednak grać naprawdę świetnie. W ogóle sam film uważam za mocno pokrzywdzony i jeżeli faktycznie Akademia miała w tym roku nagradzać obraz kameralny, to dzieło Kennetha Lonergana zdecydowanie bardziej zasłużyło na wyróżnienia aniżeli "Moonlight" (który z niezrozumiałych dla mnie powodów triumfował także w kategorii "najlepszy scenariusz adaptowany").

Prorocza scena z filmu "Naga Broń, 33 i 1/3", 1994, reż. P. Seagal

Pomimo tego, że jak co roku po rozdaniu Oscarów jestem poirytowany, przyszłoroczną jubileuszową edycję i tak będę oglądał. Pomimo tego, że mój faworyt zapewne po raz kolejny przegra, i tak będę śledził z wypiekami na twarzy informacje o nominacjach i sam będę bawił się w typowanie. Pomimo tego, że znów tematami przewodnimi na gali będą żarty z Donalda Trumpa, dziwne zachowania gwiazd a'la gęsie klaskanie Nicole Kidman czy kolejne niezrozumiałe decyzje Akademii, i tak obejrzę jak największą liczbę filmów, które zostaną nominowane, nawet jeśli ich jakość będzie wątpliwa. Za bardzo kocham kino i całą jego historię, żeby ot tak zrezygnować z wciąż dość ważnej części życia Hollywood. Nawet jeśli rzeczywiście obecnie liczy się popularność i modna tematyka niż faktyczna wartość danego filmu.
Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

niedziela, 8 stycznia 2017

Król Kamil Drugi

Źródło: www.onet.pl

6 stycznia 2017 roku – ta data już na zawsze pozostanie wyjątkowa. W owym dniu Kamil Stoch wygrał (jako drugi Polak w historii) rozgrywany co roku na przełomie grudnia i stycznia, niezwykle prestiżowy Turniej Czterech Skoczni. Turniej, który w świecie skoków narciarskich znaczy tyle, co Tour de France w kolarstwie bądź Wimbledon w tenisie, a zwycięstwo w końcowej klasyfikacji to marzenie każdego skoczka. Wielokrotnie powtarza się, że poziom trudności tych zawodów jest tak wysoki, że prędzej wróci się z medalem mistrzostw świata, a nawet igrzysk olimpijskich, niż zwycięży w TCS. Polscy kibice znów mają zatem powody do radości, bo pierwszym Biało-Czerwonym, który dokonał tego niesamowitego czynu przed szesnastoma laty, był oczywiście nasz wielki mistrz, Adam Małysz. Zawodnik, który wcześniej kojarzony był raczej z zajmowaniem miejsc w drugiej lub trzeciej dziesiątce zawodów Pucharu Świata, w wielkim stylu pokonał całą armię znamienitych rywali i rozpoczął swój piękny marsz na narciarski Olimp. Stał się idolem milionów kibiców oraz wielu młodych adeptów skoków narciarskich w naszym kraju, którzy od tamtej pory marzyli, żeby kiedyś choć w małym stopniu doświadczyć sławy, jaką zaczął cieszyć się Małysz. Piątkowy wieczór okazał się więc wyjątkowy z wielu powodów. Ale po kolei...
Pod koniec lat 90. XX wieku, skoki narciarskie były w naszym kraju sportem mocno niszowym. Ot, widowiskowy i niebezpieczny sport dla twardzieli, transmitowany zazwyczaj na anglojęzycznej stacji Eurosport, czasem pokazywany w telewizji publicznej przy okazji najważniejszych wydarzeń typu igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata czy właśnie Turniej Czterech Skoczni. Mnóstwo doskonałych zawodników, takich jak Martin Schmitt, Sven Hannawald, Janne Ahonen, Andreas Widhoelzl, Andreas Goldberger czy Kazuyoshi Funaki, którzy swoimi skokami zachwycali publikę i przekraczali coraz dalsze granice ludzkich możliwości. Gdzieś w zalewie flag niemieckich, austriackich, fińskich czy japońskich można było znaleźć czasem polską, przy której zwykle widniało imię i nazwisko: „Adam Małysz”. Utalentowany skoczek z Wisły jeszcze w wieku nastoletnim dał się poznać jako bardzo obiecujący zawodnik; zdążył nawet wygrać trzy konkursy na przestrzeni dwóch lat, niestety pod koniec tysiąclecia ugrzązł gdzieś w trzeciej dziesiątce Pucharu Świata i co jakiś czas z zazwyczaj marnym skutkiem próbował wskoczyć do czołówki. O pozostałych zawodnikach z ówczesnej kadry nawet nie warto wspominać, gdyż sukcesem w ich wykonaniu był awans chociażby do drugiej serii zawodów.

Adam Małysz, Innsbruck 2001, źródło: s.tvp.pl

Coś wielkiego wydarzyło się jednak na sam koniec 2000 roku. Oto w 49. Turnieju Czterech Skoczni murowany faworyt i uważany wówczas za najlepszego zawodnika na świecie, Martin Schmitt, poczuł morderczy oddech skromnego, niepozornego skoczka z Polski. W Obertsdorfie lider Niemców jeszcze zwyciężył, chociaż musiał odbijać rekord skoczni, który chwilę przed nim ustanowił Małysz. W Garmisch-Partenkirchen już oglądał plecy Polaka (który ponownie ustanowił rekord skoczni), a w Innsbrucku i Bischofschofen tylko uśmiechał się z niedowierzaniem, gdy widział, co wyprawiała rodząca się właśnie gwiazda skoków narciarskich. Adam Małysz jako pierwszy skoczek w historii uzyskał ponad tysiąc punktów w całym turnieju, a drugiego w klasyfikacji Janne Ahonena wyprzedził o ponad sto oczek, czego do dziś nie powtórzył żaden zawodnik. Nokautujący wynik naszego rodaka odbił się echem na całym świecie i zapoczątkował niezwykłą dekadę, w trakcie której cała Polska śledziła wyczyny asa z Wisły, czyniąc ze skoków narciarskich sport narodowy. To dzięki Małyszowi Zakopane stało się stolicą tej dyscypliny, a w kraju nastąpiło istne szaleństwo, zwane „małyszomanią”.
W tym wszystkim był jednak pewien (nomen omen) kruczek. Ilekroć wywyższano Małysza na piedestał, tyleż samo razy przypominano o jego wyjątkowości w kadrze – ówczesna drużyna narodowa istniała w zasadzie tylko na papierze. Tacy zawodnicy jak Robert „Bulomiot” Mateja, Wojciech „Wiecznie zdolny i niespełniony” Skupień, Marcin „Na treningu skakałem dobrze, ale w konkursie znowu mi nie wyszło” Bachleda, „zapchajdziury” typu Tomasz Pochwała, Grzegorz Śliwka, Tonio i Wojciech Tajnerowie, czy późniejszy trener kadry, ale bardzo przeciętny sportowiec Łukasz Kruczek, nie gwarantowały absolutnie żadnych sukcesów drużynowych. Z zazdrością spoglądaliśmy na Niemców, Austriaków, Finów, Japończyków czy Norwegów, snując katastrofalne wizje: co to będzie, gdy kiedyś Małysz zakończy karierę? Obawy potęgował fakt, iż każdy konkurs drużynowy wyglądał tak samo: Adaś skakał fenomenalnie, a reszta kolegów z zespołu wyglądała przy nim jak banda przedskoczków. Naród snuł czarne wizje, zapominając, że przecież każdy idol ma swoich naśladowców, którzy zrobią wszystko, żeby znaleźć się kiedyś tam, gdzie ich ulubieniec. Małysz, wygrywając na przestrzeni trzech sezonów 21 konkursów, zdobywając trzykrotnie z rzędu kryształową kulę i tyle samo razy tytuł mistrza świata, a także zaliczając bardzo dobry występ na igrzyskach olimpijskich (srebrny i brązowy medal w Salt Lake City), przetarł szlaki i dał nadzieję wielu młodym chłopakom w klubach narciarskich, pokazując, że przecież Polak potrafi!
Po Apoloniuszu Tajnerze kadrę prowadziło kilku trenerów. Lata Heinza Kuttina to okres dość nieciekawy; o wiele lepiej sytuacja wyglądała za kadencji Hannu Lepistoe (kiedy to Małysz po raz czwarty zdobył puchar i mistrzostwo świata, a także przygotowywał się z nim indywidualnie do igrzysk w Vancouver, z których przywiózł dwa srebrne medale) oraz paradoksalnie tego, który skakał wspólnie z Małyszem, lecz wypadał przy nim blado niczym śnieg – Łukasza Kruczka. Pomimo iż rzadko miewał dobrą prasę, to właśnie za jego urzędowania w konkursach Pucharu Świata zaczęło przybywać coraz więcej polskich flag. Jeszcze za rządów Lepistoe aspiracje do wielkiego skakania zaczął zgłaszać Kamil Stoch, którego powoli zaczęto namaszczać jako potencjalnego następcę Małysza (pierwszego z nich, mistrza świata juniorów z roku 2004, Mateusza Rutkowskiego, zgubił niestety hulaszczy tryb życia), jednak dopiero przy Kruczku zarówno on, jak i takie talenty jak Maciej Kot, Piotr Żyła czy Dawid Kubacki, zaczęły coraz częściej, chociaż nieregularnie, gościć na ekranach telewizorów. Niezwykły okazał się rok 2011, notabene ostatni w karierze Orła z Wisły. Wtedy to właśnie Kamil Stoch odniósł trzy zwycięstwa w konkursach PŚ – pierwsze w Zakopanem, drugie w Klingenthal, a trzecie na słynnej mamuciej skoczni w Planicy podczas ostatniego występu Adama Małysza w karierze. W mediach od razu pojawiło się wiele komentarzy na temat symbolicznego przekazania pałeczki przez wielkiego mistrza swojemu zdolnemu uczniowi.

Kamil Stoch i Adam Małysz, Planica 2011. Źródło: www.skijumping.pl

Odszedł król, niech żyje król? Na początku wcale nie było tak łatwo. Stoch i spółka regularnie meldowali się w zawodach PŚ (Kamil w 2012 roku wygrał nawet dwa konkursy), jednak stosunkowo dość szybko zaczęto tęsknić za Małyszem, a Kruczka regularnie poddawano krytyce, przede wszystkim za to, że chociaż miał w zespole zawodników utalentowanych, to nie potrafił wykrzesać z nich pełni możliwości. Przełomowe okazały się mistrzostwa świata w 2013 roku w Predazzo (tym samym, w którym dziesięć lat wcześniej dwa złota zdobył Adam Małysz). Wtedy to dość niespodziewanie jeden z konkursów indywidualnych wygrał Kamil Stoch, a trzy dni później nasza reprezentacja zdobyła sensacyjny brązowy medal w konkursie drużynowym. Od tej chwili świat zaczął liczyć się z Biało-Czerwonymi. Stoch w kolejnym sezonie (2013/2014) wygrał sześć konkursów i powtórzył sukces Małysza, triumfując w klasyfikacji generalnej, jednak w międzyczasie zdobył coś, czego jego wielkiemu idolowi nie udało się nigdy – na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi aż dwukrotnie stawał na najwyższym stopniu podium, dzięki czemu po czterdziestu dwóch latach w końcu złoty medal wrócił do Polski (dotychczas jedyne złoto „wskoczyło” Wojciechowi Fortunie w Sapporo w 1972 r.). To był ewidentnie sezon Kamila Stocha, który swoimi sukcesami nawiązał, a nawet momentami przebił osiągnięcia najlepszych rodaków w historii tej dyscypliny. Niestety, późniejsze dwa lata aż tak udane nie były i chociaż znów wpadło parę zwycięstw zarówno Kamilowi, jak i trzem kolegom z drużyny (po razie wygrywali Jan Ziobro, Piotr Żyła i Krzysztof Biegun), a kadrze znów udało się wywalczyć brąz na MŚ (tym razem w szwedzkim Falun), wielu kibicom pamiętających hegemonię Małysza nie podobał się nagły spadek Stocha ze szczytu (szkoda, że większość z nich zapominała o dość poważnej kontuzji, jakiej doznał w międzyczasie). Na domiar złego w mediach zaczęły pojawiać się różnego rodzaju artykuły, często przyozdabiane apokaliptycznymi wręcz nagłówkami typu „Kamil Stoch się skończył”.
Na samym początku obecnego sezonu w kadrze nastąpiły dość poważne zmiany – Łukasza Kruczka po ośmiu latach sprawowania władzy zastąpił bardzo dobry niegdyś austriacki skoczek, Stefan Horngacher, a dyrektorem koordynującym poczynania naszej drużyny został sam Adam Małysz. Wygląda na to, że powołanie tych dwóch osób okazało się strzałem w dziesiątkę. Takiej zimy w historii polskich skoków jeszcze nie było – w praktycznie każdym konkursie Pucharu Świata w pierwszej dziesiątce widnieją polskie nazwiska, a do drugiej serii kwalifikuje się zazwyczaj cała ekipa Biało-Czerwonych! Co więcej, w inauguracyjnym konkursie drużynowym rozpoczynającym ten sezon polska kadra po raz pierwszy w historii wygrała konkurs, a w trakcie Turnieju Czterech Skoczni awansowała na pierwsze miejsce klasyfikacji Pucharu Narodów, wyprzedzając najpierw Niemców, a później Austriaków! No i jakby tego było mało, w Święto Trzech Króli staliśmy się świadkami wiekopomnej chwili – Kamil Stoch, zajmując kolejno drugie miejsca w Obertsdorfie i w Garmisch-Partenkirchen, czwarte w Innsbrucku i pierwsze w Bischofschofen, stał się triumfatorem 65. Turnieju Czterech Skoczni. W przeciwieństwie do deklasującego zwycięstwa Małysza sprzed szesnastu lat, to osiągnięcie nie przyszło jednak tak łatwo. Najgroźniejsi rywale nieustannie deptali Kamilowi po piętach, a na domiar złego na treningu przed zawodami w Innsbrucku, z powodu źle przygotowanego zeskoku, Stoch upadł przy lądowaniu i poważnie stłukł bark. Tym bardziej imponująco przedstawiają się jego dalsze występy, które, chociaż okupione wielkim bólem, były niezwykle regularne w przeciwieństwie do Stefana Krafta czy największego konkurenta Kamila, Norwega Daniela Andre Tande, który w wyjątkowo niefortunny sposób zepsuł swój ostatni skok i zamiast walczyć o zwycięstwo, musiał ratować się przed upadkiem. 

Maciej Kot, Kamil Stoch i Piotr Żyła. Źródło: www.wrealu24.pl

To, czym różnią się TCS z 2001 i 2017 roku, to także miejsca pozostałych Polaków w klasyfikacji generalnej. Szesnaście lat temu na wyjątkowo dobrym 13. miejscu turniej zakończył Wojciech Skupień, jednak następne pozycje Biało-Czerwonych to 47. Roberta Matei, 68. Grzegorza Śliwki i 79. (ostatnie) Tomasza Pochwały. Przy zwycięstwie w wielkim stylu Adama Małysza, owe miejsca wyglądały wręcz karykaturalnie. Jak pięknie przedstawia się zatem tegoroczna klasyfikacja: 1. Kamil Stoch, 2. Piotr Żyła, 4. Maciej Kot, 15. Dawid Kubacki, 20. Stefan Hula, 31. Jan Ziobro, 50. Klemens Murańka. Ogromne gratulacje należą się w tym momencie Horngacherowi, który tchnął na nowo w Stocha ducha zwycięstwa, ustabilizował formę Kota, zlikwidował złe przyzwyczajenia u Piotra Żyły, którego dziś można śmiało nazywać czołowym skoczkiem światowym, a w pozostałych zawodników solidnie zainwestował. Słowa uznania kieruję również do naszego wielkiego mistrza, Adama Małysza, który w roli „opiekuna” naszej kadry spisuje się znakomicie. Nieustannie wspiera całą kadrę, ściąga z niej presję i zawsze wie, co odpowiedzieć, gdy dziennikarz zada prowokacyjne pytanie. Jego łzy wzruszenia po triumfie Stocha wyrażają wszystko. Na to stanowisko nie można było wybrać lepszej osoby!
Pisząc te słowa, patrzę w przyszłość z wielką nadzieją. Chociaż Kamil Stoch ma już trzydzieści lat i w skokach osiągnął właśnie wszystko (doliczył do naprawdę elitarnego grona skoczków, którzy zdobyli najważniejsze trofea w tej dyscyplinie), widać u niego głód skakania i olbrzymią chęć zwycięstw. Piotr Żyła pokazuje, że zrezygnowanie ze słynnego „garbika i fajeczki” uczyniło go skoczkiem najwyższej próby, a Maciej Kot dzięki swej systematyczności na dobre zadomowił się w ścisłej czołówce Pucharu Świata. Po TCS Kamil Stoch zajmuje trzecie miejsce z symboliczną stratą do Domena Prevca i Daniela Andre Tande, Kot wskoczył na pozycję piątą, a Piotr Żyła jest dziesiąty. Trzech Polaków w pierwszej dziesiątce Pucharu Świata – za czasów Adama Małysza takie zdanie brzmiało jak bujdy osoby niezrównoważonej psychicznie, a teraz stało się prawdą! 
I na sam koniec – cieszę się niezmiernie, że doczekaliśmy chwili, w której to nie my zazdrościmy innym, ale oglądają się na nas takie potęgi, jak Niemcy, Austria, Norwegia, Japonia, a przede wszystkim znajdujący się w ogromnym kryzysie Finowie, którzy jeszcze kilkanaście lat temu stawiani byli za wzór profesjonalnej drużyny, a my mogliśmy tylko pomarzyć o takich wynikach, jakie osiągali wówczas Ahonen, Hautamaeki i spółka. Panie i Panowie! Oto mamy drużynę, która w piękny sposób korzysta z dziedzictwa, jakie pozostawił jej jeden z najlepszych zawodników w historii tej dyscypliny, Adam Małysz!
Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

środa, 28 grudnia 2016

Żegnaj księżniczko!

Źródło: www.starwars.com

Rok 2016 nie był łaskawy dla świata gwiazd z pierwszych stron gazet. Pożegnaliśmy w nim między innymi takie legendy jak Natalie Cole, David Bowie, Alan Rickman, Keith Emerson, Prince, Muhammad Ali, Kenny Baker, Gene Wilder, Andrzej Wajda, Leonard Cohen czy Greg Lake. Niektórzy z nich zmarli z przyczyn naturalnych, podczas gdy inni odeszli po przegranej walce ze śmiertelną chorobą. Wyjątkowo brutalny okazał się jednak czas świąteczny. Najpierw w pierwszy dzień świąt gruchnęła wieść o tragicznej śmierci prawie wszystkich muzyków legendarnego Chóru Aleksandrowa, którzy zginęli w katastrofie lotniczej. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny, a wiadomością numer jeden w większości portali stał się zgon George'a Michaela. Niestety, na tym się nie skończyło. Kiedy wracałem pociągiem ze świątecznych wojaży, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie kolejna fatalna informacja: „Nie żyje Carrie Fisher, odtwórczyni legendarnej Księżniczki Lei z sagi „Gwiezdne Wojny".
Wiadomo, że każdy z nas kiedyś odejdzie – życie na tej ziemi nie jest wieczne i nie ma od tej reguły wyjątku. Śmierć gwiazdy wielkiego formatu często boli, gdyż niejednokrotnie jest to osoba, która inspirowała całe rzesze ludzi w wielu zakątkach tego świata i chociaż zazwyczaj nie miała okazji poznać się z większością swoich fanów, to w pewien sposób stawała się częścią ich życia, czy to przez wielokrotne odtwarzanie jej utworów, częstą obecność na ekranie telewizora, czy nawet wizerunek na plakacie w pokoju. Muszę przyznać, że informacja o śmierci Carrie Fisher wstrząsnęła mną najbardziej – w końcu dołożyła ona niezwykle istotną cegiełkę do budowy świata, który zajął w moim życiu niezwykle ważne miejsce.
Carrie Fisher urodziła się 21 października 1956 roku w Beverly Hills; jej ojcem był Eddie Fisher, a matką słynna Debbie Reynolds, znana głównie z roli w „Deszczowej Piosence". W wieku siedemnastu lat zadebiutowała w teatrze jako tancerka i chórzystka, a pierwszą rolę na dużym ekranie otrzymała w 1975 r. w komedii romantycznej „Szampon". Z pewnością nie zdawała sobie jeszcze wówczas sprawy, jak diametralnie odmieni się jej życie po upływie zaledwie dwóch lat.

Od lewej: Mark Hamill, Carrie Fisher, Harrison Ford.
 
Rok 1977 przyniósł ze sobą premierę pierwszej odsłony najbardziej kultowej trylogii filmowej w historii kina. „Gwiezdne Wojny", które otrzymały później podtytuł „Ep. IV – Nowa Nadzieja", okazały się ogromnym hitem w kinach na całym świecie – zdjęcia kilometrowych kolejek do kas biletowych przeszły do legendy, a dzieło George'a Lucasa trafiło na pierwsze miejsce najbardziej dochodowych filmów w historii kina, zostawiając konkurencję daleko w tyle. Wielki udział w tym sukcesie miała właśnie Carrie Fisher, której przypadła w udziale rola księżniczki Lei Organy, jednej z trzech najważniejszych postaci filmu. Praktycznie anonimowa dwudziestoletnia aktorka znakomicie sobie poradziła, grając u boku Marka Hamilla (Luke Skywalker) i wschodzącej gwiazdy Hollywood, Harrisona Forda (Han Solo). Leia w jej wykonaniu to niezwykle wyrazista, charakterna i bezkompromisowa postać; choć jest urodziwą księżniczką – bliżej jej raczej do rebeliantki, która dobrze czuje się w zbroi. Świetnie radzi sobie z blasterem, nieobce są jej pościgi i ucieczki, potrafi nazwać Chewbaccę „chodzącym dywanem" – krótko mówiąc, nie daje sobie w kaszę dmuchać i nawet sam Han Solo, chociaż nie szczędzi jej kąśliwych uwag, jest pod wrażeniem temperamentu księżniczki i ani myśli śmiać się z jej dość oryginalnej fryzury. Pomimo twardego charakteru, od czasu do czasu odkrywa również swoją wrażliwą stronę – jest niezwykle wierna wobec Rebelii, wrażliwa na krzywdę przyjaciół, a nawet potrafi się zakochać. Jej romans z Hanem w „Imperium Kontratakuje", oparty na lawinie uczuciowych pyskówek, to jeden z najlepszych wątków miłosnych, jakie pojawiły się kiedykolwiek w Hollywood.
Niestety, pomimo wielkiej popularności, jaką zyskała za sprawą „Nowej Nadziei", w życiu osobistym Carrie Fisher co rusz pojawiały się mniejsze i większe burze. Zaczęła nadużywać narkotyków i alkoholu, a pomimo ponownie świetnie przyjętej roli Lei we wspomnianej kontynuacji „Gwiezdnych Wojen" („ep. V - Imperium Kontratakuje") oraz udziału w słynnej komedii „Blues Brothers", w tym samym roku (1980) stwierdzono, że nie nadaje się do gry aktorskiej. Zapisała się na kurację odwykową, a jakby było tego mało, zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową. Jakimś cudem udało jej się zagrać Leię, ponownie w sposób przekonujący (do legendy przeszło jej niewolnicze, złote bikini), po raz trzeci w "Powrocie Jedi" (1983). W tym samym roku poślubiła słynnego muzyka Paula Simona (niestety, ich małżeństwo przetrwało ledwie osiem miesięcy), jednak jej kariera aktorska ewidentnie uległa załamaniu. W czasie gdy jej starszy kolega z planu, Harrison Ford, stawał się jednym z najbardziej pożądanych artystów w całym Hollywood, ona kończyła odwyk. W trakcie kuracji poddawała się nawet elektrowstrząsom, po czym... postanowiła skupić się na pisaniu. Na bazie pozostałości wspomnień (jak twierdziła, część z nich bezpowrotnie utraciła) postanowiła napisać spektakl oraz autobiografię. Pogodziła się z chorobą, z której potrafiła nawet żartować, i daleko jej było do obwiniania o swoje nałogi rodziców, jednak na wielkim ekranie występowała sporadycznie i zwykle w mało istotnych rolach. W jej filmografii ze znanych tytułów można odnaleźć „Hannah i jej siostry", czy „Kiedy Harry poznał Sally", jednak już nigdy więcej nawet nie zbliżyła się do wielkości, którą dała jej rola Lei. Życie osobiste okazało się pasmem porażek, jednak ukończona w 1990 roku biografia „Postcards from the Edge" zyskała uznanie w oczach krytyków, a Fisher została laureatką Los Angeles Pen Award za debiut książkowy. To właśnie na podstawie tej pozycji został nakręcony film „Pocztówki znad krawędzi" z Gene Hackmanem, Meryl Streep i Shirley MacLaine w rolach głównych.
W latach 90-tych i pierwszej dekadzie XXI wieku próżno było szukać jakichkolwiek informacji o jej życiu. Sporadycznie można było przeczytać na temat jej załamania nerwowego, powrotu do używek i pogłębiającej się chorobie, jednak sama w mediach pojawiała się bardzo rzadko. Pech chciał, że kiedy znów pojawiła się na wielkim ekranie w 2015 r. w swojej etatowej roli (Leia po przejściach w filmie "Gwiezdne Wojny, ep. VII – Przebudzenie Mocy") i wydawało się, że znów może być o niej głośno, jej serce postanowiło bić coraz wolniej i po roku odmówiło posłuszeństwa. W przedzień wigilii, pod koniec lotu z Londynu do Los Angeles, gdzie miała promować swoją najnowszą książkę „The Princess Diaries", doznała rozległego ataku serca i trafiła na intensywną terapię. Pomimo optymistycznych wieści w trakcie świąt, 27 grudnia 2016 roku cały świat obiegła straszliwa wiadomość – „Carrie Fisher zmarła w wieku 60 lat".

Źródło: http://www.fahrenheit.net.pl

Tak jak pisałem we wstępie, śmierć czeka każdego z nas i nikt przed nią nie ucieknie. Jednak odejście takich osób jak Carrie Fisher jakoś wyjątkowo boli. Gdy widzi się, jakim potencjałem dysponowała ta aktorka i jak wielką sympatią darzono ją na całym świecie, a jednocześńie jak sama zupełnie nie potrafiła sobie poradzić ze sławą, pozostaje wielki żal i współczucie. Uczucia te potęgują zwłaszcza ostatnie, dość udane jak na ostatnie trzy dekady, lata jej kariery. Nowa książka, rola w „Przebudzeniu Mocy" i... króciutki epizod w najnowszym „Rogue One". Nie chcę zdradzać o jaką scenę chodzi, jednak kto widział film i niedługo po premierze dowiedział się o śmierci Carrie, ten na pewno przeżył chwilę zadumy. Odeszła od nas kobieta nietuzinkowa – osoba, która z jednej strony stworzyła jedną z najbardziej kultowych postaci żeńskich w historii kina, a z drugiej co chwilę przegrywała walkę ze swomi własnymi demonami. Świat o tym nie wiedział, bo zawsze patrzył na nią przez pryzmat pięknej księżniczki z legendarnej sagi, nawet gdy jej młodzieńczy wdzięk już dawno uleciał. Kondolencje napływające z całego świata pokazują, jak mocno jej postać wszczepiła się w kulturę masową. Nie zobaczymy już Carrie w żadnej filmowej roli, nie przeczytamy ani jednej nowo napisanej przez nią książki, jednak pozostanie w naszej pamięci tak długo, jak istnieć będzie legenda „Gwiezdnych Wojen". A jej kres przyjdzie nieprędko.
Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

piątek, 25 listopada 2016

Samodestrukcja czy samozadowolenie?


Stało się. Oto jeden z najsłynniejszych zespołów w historii muzyki wydał swoją dziesiątą (jeżeli nie liczyć wydawnictw typu Garage Inc. czy S&M) studyjną płytę. Jak na trzydzieści pięć lat działalności, to niezbyt dużo, łatwo można bowiem policzyć, że czwórka z San Francisco świeży materiał wydaje średnio raz na trzy i pół roku, a tym razem postanowiła pobić rekord i na nowy krążek kazała czekać fanom aż osiem wiosen. Czy Metallica, bo to o niej oczywiście mowa, wypuszczając album o niezbyt zachęcającej nazwie „Hardwired... To Self-Destruct", zdołała utrzymać się na powierzchni?
Przyznam się bez bicia – druga połowa moich nastoletnich lat upłynęła pod znakiem muzyki tego zespołu. Wraz z kolegą z ławki w liceum zasłuchiwaliśmy się w płytach Mety w nieskończoność, znając większość riffów, solówek i tekstów na pamięć. Podobnie jak znakomita część fanów na całym świecie, za najlepszy okres ich twórczości uważaliśmy pierwsze pięć płyt („Kill'em All", „Ride the Lightning”, „Master of Puppets”, „...and Justice for All” i „Metallica”, potocznie znana jako „Black Album”), jednak do powszechnie mniej lubianych „Load” i „Reload” podchodziliśmy z szacunkiem i zawsze coś dla siebie znaleźliśmy – bądź co bądź, jest to naprawdę solidny materiał hard-rockowy. Jedynie „St. Anger” uważaliśmy za pomyłkę, chociaż i tu nie było aż tak tragicznie, ze dwa-trzy kawałki dało się przesłuchać po kilka razy. Po drodze wpadło jeszcze solidne "Death Magnetic" i tak doszliśmy do roku 2016.
Po tylu latach, kiedy motyle już dawno uleciały z brzucha, a emocje związane z poznawaniem czegoś nowego również opadły, mogę stwierdzić, że Metallica to zespół niezwykle specyficzny, nie bez powodu budzący wręcz skrajne emocje. Z jednej strony można natrafić na prawdziwą armię fanatyków, dla której każdy gest Hetfielda i spółki to święto, za którego skrytykowanie trafi się z miejsca na sąd ostateczny, z drugiej – istnieje prawdziwa masa osób, która wytyka kapeli równie wielką masę minusów, które mają sugerować, jakobyśmy mieli do czynienia z najbardziej przereklamowanym bandem wszech czasów; a to komercja, a to śmierć Cliffa Burtona w 1986 r., która obdarła ich z kreatywności, a to walki Ulricha (którego, przy okazji, od lat określa się najgorszym perkusistą w show-biznesie) z Napsterem w latach 90-tych, a to słaba forma wokalna Hetfielda na występach live i takaż Kirka Hammetta (a w zasadzie Wahmetta – gitarzyści zrozumieją, o co chodzi), sztuczna zmiana wizerunku w latach dziewięćdziesiątych i jeszcze bardziej sztuczne zapowiadanie powrotu do korzeni ostatnimi czasy itp. itd. etc. Przyznam, że sporo w tym racji, jednego jednak nie można im odjąć – jest to nadal aktywna grupa, która wciąż posiada ogromne pokłady energii, daje znakomite koncerty na żywo, gdzie zawsze może liczyć na komplet widzów, i przede wszystkim cały czas istnieje. No dobra, miało być o nowej płycie, więc będzie o płycie.


Trzeba przyznać, że panowie z San Francisco postanowili nieco rozpieścić swoich fanów, dając im tym razem aż dwa krążki ze swoją muzyką. Czy było to zasadne, jeszcze się okaże; niemniej w sklepach można nabyć także edycję trzypłytową, wzbogaconą o jeden bonusowy numer, parę coverów oraz nagrań na żywo. Sama okładka szału nie robi – co gorsza, niektórym może przypominać koszmarka „Lulu”, wydanego pięć lat temu przy okazji współpracy z Lou Reedem, o którym dla własnego spokoju nawet nie będę wspominał. Wiadomo jednak, że po okładce się nie ocenia, to zawartość ma świadczyć o poziomie najnowszego wydawnictwa.
A poziom zły nie jest – można powiedzieć, że Metallica postanowiła nas zabrać na swego rodzaju podróż przez cały okres ich twórczości. Otwierające krążek „Hardwired” (pierwszy singiel z płyty) to szybka, mocna i brutalna thrashowa sieczka, na myśl przywodząca utwory z debiutanckiego „Kill'em All”, pełni też swoistą kontynuację ostatniego utworu na „Death Magnetic” – „My Apocalypse”. Tekst do zbyt ambitnych nie należy, jednak fanów starej Mety powinna zadowolić przede wszystkim warstwa muzyczna. Ciekaw jestem tylko, jak Lars zagra to na koncertach, bo to, że nie wyrobi tempa, jest więcej niż pewne, a z metronomem to ten pan raczej nigdy się nie lubił.
Utwór numer dwa – „Atlas, Rise!” to trzeci singiel, jaki został wypuszczony przed oficjalną premierą. Jest to utwór bardzo solidny, powiedziałbym nawet, że jeden z najlepszych na płycie, jednak ja tu w refrenie oraz części instrumentalnej (ok. 4:30) słyszę Iron Maiden! Gdybym poznał ten utwór w wersji bez wokalu Hetfielda, mógłbym przysiąc, że jest to numer w części napisany przez Steve'a Harrisa i spółkę. Może był to celowy „tribute” w stronę Maidenów, ja jednak przy pierwszym odsłuchaniu byłem dość skonsternowany.
Numer trzeci, „Now That We're Dead”, okazał się póki co moim ulubionym. Naprawdę zacnie wypada riffowy wstęp a'la utwory z Czarnego Albumu, połączony z bardzo ciekawym patentem perkusyjnym (!) – nie wiem, czy ktoś zagrał to za Ulricha, ale ta „wtryniająca się” podwójna stopa zaiste brzmi nieźle! Wokal Hetfielda brzmi tu jak wyjęty z czasów nagrywania Load i Reload, nawet jego charakterystyczne zaśpiewy przenoszą nas o 20 lat wstecz i przypominają chociażby  „Until It Sleeps”. Refren wpada w ucho, zostaje w głowie po przesłuchaniu, solo Hammetta spokojnie mogłoby znaleźć się na Black Album, a sam utwór jako całość nie nuży. Dobra robota, panowie!
„Moth Into Flame” czyli numer cztery, to także singiel numer dwa z tejże płyty. Wstęp łudząco przypomina utwory z „Death Magnetic”, więc podejrzewam, że był nagrywany dość dawno. Tak naprawdę całość cały czas coś tu „przypomina”, z wyjątkiem refrenu; duet wokalny Hetfield – Trujillo wypada zaskakująco dobrze i aż chce się z nimi wspólnie śpiewać. Delikatnie jednak mówiąc, nie szaleję za tym utworem – chyba pierwszy raz na tej płycie można poczuć, że numer został na siłę wydłużony. Cztery i pół minuty absolutnie by wystarczyło.
Numer pięć, „Dream No More” to z kolei znów wycieczka w przeszłość o ponad dwadzieścia lat. Wstęp brzmi niczym riff wyjęty z płyty „...and Justice For All”, a przepuszczony przez efekt wokal Hetfielda to z kolei „Reload” jak żywy. Skojarzyło mi się z „Where The Wild Things Are” z tegoż właśnie albumu. Utwór jako całość jest ciężki, utrzymany w średnim tempie i przez cały czas ewidentnie próbuje przenieść nas w czasie. Dla mnie osobiście jest to całkiem miła wycieczka, jednak ponownie mam zastrzeżenia co do długości – znów odjąłbym minutę i byłoby cacy.
Utwór zamykający pierwsze CD, czyli „Halo On Fire” to bardzo ciekawe połączenie riffowania a'la „Death Magnetic” oraz ponownie utworów z czasów „Load” i „Reload”. W zwrotce po raz pierwszy słyszymy gitary w barwie czystej, a Hetfield znów przeniósł nam się w czasie o przynajmniej dwadzieścia lat. Refren to z kolei chyba jeden z najlepszych momentów na całej płycie. Jest ciężki i dynamiczny, świetnie wpada w ucho, w tle pięknie grają gitary, a wokalna ekspresja Jamesa może się podobać. Słychać tu momentami mały „tribute” dla samego Black Sabbath.


Przesłuchanie krążka numer jeden idzie dość szybko. Zdarzają się chwilowe dłużyzny, jednak same utwory są zapamiętywalne i widać, że panowie przyłożyli się do roboty. Czy jednak to samo mogę powiedzieć o CD numer 2? „Confusion”, czyli numer otwierający, jak sama nazwa wskazuje, mówi o zakłopotaniu i w takie same zakłopotanie wprowadza. Kawałek jest nagrany poprawnie, ponownie fajnie brzmią partie wspólnie śpiewane przez Jamesa i Roberta, ale jako całość nie porywa. Riff, chociaż mocny, tym razem nie wpada aż tak w ucho, a zastosowane tu patenty znów „coś przypominają”. Że już nie wspomnę o przynajmniej dwóch minutach muzyki za dużo. Trochę na myśl przychodzą zapełniacze z „Load” i „Reload”.
„Manunkind”, numer dwa, to chyba najciekawiej rozpoczynający się utwór na całym albumie. Od razu przypomina się „My Friend of Misery”, ale także charakterystyczne basowe wstępy Steve'a Harrisa z Iron Maiden wraz z prowadzącym z nim dialog Dave'm Murray'em. Po chwili jednak, gdy klimat się zmienia i przełączamy tryb na „metal”, znów jest... nudno. Kawałek mocno przypomina „The Judas Kiss” z poprzedniej płyty, zwłaszcza w refrenie. Chociaż panowie starali się nagrać coś ciekawego, w tym właśnie momencie słuchacz może zacząć się niecierpliwić. A to dopiero ósmy z dwunastu utworów na całym albumie.
„Here Comes Revenge” zaczyna się ciekawie – słychać tu „...and Justice For All”, później mamy typowe przejścia charakterystyczne dla Metalliki, zwrotkę w stylu „Death Load Magnetic” i wyjątkowo słaby refren. Chciałbym napisać o tym kawałku naprawdę coś pozytywnego, może gdyby został umiejscowiony na płycie wcześniej, jego odbiór byłby nieco lepszy, jednak po blisko godzinie słuchania, aż chciałoby się żeby z głośników poleciała jakaś ballada albo chociażby utwór instrumentalny (jeden motyw mocno zresztą przypomina tu „Suicide & Redemption” z poprzedniego albumu), a nie znów to samo. Za co ta zemsta, panowie?
Numer cztery (albo dziesięć), „Am I Savage?” znów daje nadzieję naprawdę ciekawym wstępem w stylu Iron Maiden. Następujący po nim riff jest solidny, zwrotka to znów klimaty a'la „Load-Reload” (Hetfield chyba dużo słuchał tych krążków w trakcie nagrywania), ale na szczęście pozytywnie zaskakuje refren. Przez chwilę brzmi nawet jak Dream Theater (!) na „Train of Thought”, a wykrzykiwane przez Jamesa „Am I savage?” zostaje w głowie. Chociaż kawałek znów jest przynajmniej o minutę za długi, daje nadzieję, że może jeszcze nie będzie tak źle?
„Murder One” wydaje się odpowiadać na to pytanie twierdząco. Wstęp jest naprawdę rewelacyjny – spokojnie mógłby znaleźć się na „...and Justice For All”. Riff daje radę, jest ciężki, ale też prosty i nieprzekombinowany, a Hetfield tym razem bardziej przypomina Jamesa już z XXI wieku, chociaż nadal wzorującego się na latach 90. Instrumentalna połowa również powinna się podobać. Gitarowe motywy wpadają w ucho, a solówka Hammetta jest wyrazista i przede wszystkim ma odpowiednią długość (chyba realizator w porę wyłączył mu jego wah-wah). Tego kawałka zapychaczem już nie nazwę.
Kiedy wydaje się, że dostaliśmy już wszystko, czego mogliśmy się spodziewać, nagle na sam koniec otrzymujemy prawdziwą bombę. „Spit Out The Bone” to potężna thrashowa jatka, która od razu przywodzi na myśl nieśmiertelne „Damage Inc.” z „Master of Puppets”, czy „Blackened” albo „Dyer's Eve' z „...and Justice for All”. Ja się pytam – dlaczego tak późno? Rozumiem, że w ten sposób panowie w pewien sposób oddali hołd samym sobie, umieszczając na samym końcu takiego hardkora, ale co poniektórzy mogą już do tego momentu zwyczajnie nie dotrwać. Sam utwór na pewno zadowoli najbardziej zagorzałych fanów i jeżeli do tej pory nie podobało się im na tym albumie nic, „Spit Out The Bone” będzie pozytywnym wyjątkiem. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wbił szpilki pewnemu duńskiemu perkusiście. Panie Lars – powiedz nam, jak zamierzasz odtworzyć to na żywo w tempie? No tak, pewnie reszta się nad Tobą zlituje i w ogóle tego grać nie będziecie...

Czy Ci panowie są jeszcze w stanie czymś nas zaskoczyć?
Od lewej: Kirk Hammett, Lars Ulrich, Robert Trujillo, James Hetfield.
Źródło: www.metalinjection.net
„Hardwired... To Self-Destruct” to całkiem porządna pozycja na rynku ciężkich brzmień. Jednak fakt, że jest to twórczość tak legendarnego zespołu, jak Metallica, od razu każe patrzeć na siebie bardziej krytycznym okiem. Mamy tu naprawdę dobre momenty – większość CD 1 nadaje się do wielokrotnego słuchania i chociaż nie jest niczym rewolucyjnym w świecie ciężkich brzmień, wielu słuchaczy tego typu klimatów zadowoli. Końcówka krążka drugiego to także kawał solidnego mięcha, a ostatnie minuty to naprawdę niesamowita kanonada i miód na uszy fanów „prawdziwej Metalliki”. Gdyby jednak zależało to tylko ode mnie, wyrzuciłbym z albumu utwory nr 1, 2, 3 i 4 z CD 2, a „Murder One” i „Split Out The Bone” umieścił na CD 1, i w ten sposób otrzymalibyśmy jeden spójny i naprawdę dobry, a nawet bardzo album. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że wówczas mógłby on konkurować z najlepszymi dokonaniami Metalliki z lat osiemdziesiątych. Na tę chwilę oceniam go minimalnie wyżej niż „Death Magnetic” i fanom Hetfielda i spółki oczywiście polecam – być może po wielokrotnym przesłuchaniu odkryjecie na nim coś nowego, a utwory które mi nie przypadły do gustu, Wam się akurat spodobają.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk