niedziela, 8 stycznia 2017

Król Kamil Drugi

Źródło: www.onet.pl

6 stycznia 2017 roku – ta data już na zawsze pozostanie wyjątkowa. W owym dniu Kamil Stoch wygrał (jako drugi Polak w historii) rozgrywany co roku na przełomie grudnia i stycznia, niezwykle prestiżowy Turniej Czterech Skoczni. Turniej, który w świecie skoków narciarskich znaczy tyle, co Tour de France w kolarstwie bądź Wimbledon w tenisie, a zwycięstwo w końcowej klasyfikacji to marzenie każdego skoczka. Wielokrotnie powtarza się, że poziom trudności tych zawodów jest tak wysoki, że prędzej wróci się z medalem mistrzostw świata, a nawet igrzysk olimpijskich, niż zwycięży w TCS. Polscy kibice znów mają zatem powody do radości, bo pierwszym Biało-Czerwonym, który dokonał tego niesamowitego czynu przed szesnastoma laty, był oczywiście nasz wielki mistrz, Adam Małysz. Zawodnik, który wcześniej kojarzony był raczej z zajmowaniem miejsc w drugiej lub trzeciej dziesiątce zawodów Pucharu Świata, w wielkim stylu pokonał całą armię znamienitych rywali i rozpoczął swój piękny marsz na narciarski Olimp. Stał się idolem milionów kibiców oraz wielu młodych adeptów skoków narciarskich w naszym kraju, którzy od tamtej pory marzyli, żeby kiedyś choć w małym stopniu doświadczyć sławy, jaką zaczął cieszyć się Małysz. Piątkowy wieczór okazał się więc wyjątkowy z wielu powodów. Ale po kolei...
Pod koniec lat 90. XX wieku, skoki narciarskie były w naszym kraju sportem mocno niszowym. Ot, widowiskowy i niebezpieczny sport dla twardzieli, transmitowany zazwyczaj na anglojęzycznej stacji Eurosport, czasem pokazywany w telewizji publicznej przy okazji najważniejszych wydarzeń typu igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata czy właśnie Turniej Czterech Skoczni. Mnóstwo doskonałych zawodników, takich jak Martin Schmitt, Sven Hannawald, Janne Ahonen, Andreas Widhoelzl, Andreas Goldberger czy Kazuyoshi Funaki, którzy swoimi skokami zachwycali publikę i przekraczali coraz dalsze granice ludzkich możliwości. Gdzieś w zalewie flag niemieckich, austriackich, fińskich czy japońskich można było znaleźć czasem polską, przy której zwykle widniało imię i nazwisko: „Adam Małysz”. Utalentowany skoczek z Wisły jeszcze w wieku nastoletnim dał się poznać jako bardzo obiecujący zawodnik; zdążył nawet wygrać trzy konkursy na przestrzeni dwóch lat, niestety pod koniec tysiąclecia ugrzązł gdzieś w trzeciej dziesiątce Pucharu Świata i co jakiś czas z zazwyczaj marnym skutkiem próbował wskoczyć do czołówki. O pozostałych zawodnikach z ówczesnej kadry nawet nie warto wspominać, gdyż sukcesem w ich wykonaniu był awans chociażby do drugiej serii zawodów.

Adam Małysz, Innsbruck 2001, źródło: s.tvp.pl

Coś wielkiego wydarzyło się jednak na sam koniec 2000 roku. Oto w 49. Turnieju Czterech Skoczni murowany faworyt i uważany wówczas za najlepszego zawodnika na świecie, Martin Schmitt, poczuł morderczy oddech skromnego, niepozornego skoczka z Polski. W Obertsdorfie lider Niemców jeszcze zwyciężył, chociaż musiał odbijać rekord skoczni, który chwilę przed nim ustanowił Małysz. W Garmisch-Partenkirchen już oglądał plecy Polaka (który ponownie ustanowił rekord skoczni), a w Innsbrucku i Bischofschofen tylko uśmiechał się z niedowierzaniem, gdy widział, co wyprawiała rodząca się właśnie gwiazda skoków narciarskich. Adam Małysz jako pierwszy skoczek w historii uzyskał ponad tysiąc punktów w całym turnieju, a drugiego w klasyfikacji Janne Ahonena wyprzedził o ponad sto oczek, czego do dziś nie powtórzył żaden zawodnik. Nokautujący wynik naszego rodaka odbił się echem na całym świecie i zapoczątkował niezwykłą dekadę, w trakcie której cała Polska śledziła wyczyny asa z Wisły, czyniąc ze skoków narciarskich sport narodowy. To dzięki Małyszowi Zakopane stało się stolicą tej dyscypliny, a w kraju nastąpiło istne szaleństwo, zwane „małyszomanią”.
W tym wszystkim był jednak pewien (nomen omen) kruczek. Ilekroć wywyższano Małysza na piedestał, tyleż samo razy przypominano o jego wyjątkowości w kadrze – ówczesna drużyna narodowa istniała w zasadzie tylko na papierze. Tacy zawodnicy jak Robert „Bulomiot” Mateja, Wojciech „Wiecznie zdolny i niespełniony” Skupień, Marcin „Na treningu skakałem dobrze, ale w konkursie znowu mi nie wyszło” Bachleda, „zapchajdziury” typu Tomasz Pochwała, Grzegorz Śliwka, Tonio i Wojciech Tajnerowie, czy późniejszy trener kadry, ale bardzo przeciętny sportowiec Łukasz Kruczek, nie gwarantowały absolutnie żadnych sukcesów drużynowych. Z zazdrością spoglądaliśmy na Niemców, Austriaków, Finów, Japończyków czy Norwegów, snując katastrofalne wizje: co to będzie, gdy kiedyś Małysz zakończy karierę? Obawy potęgował fakt, iż każdy konkurs drużynowy wyglądał tak samo: Adaś skakał fenomenalnie, a reszta kolegów z zespołu wyglądała przy nim jak banda przedskoczków. Naród snuł czarne wizje, zapominając, że przecież każdy idol ma swoich naśladowców, którzy zrobią wszystko, żeby znaleźć się kiedyś tam, gdzie ich ulubieniec. Małysz, wygrywając na przestrzeni trzech sezonów 21 konkursów, zdobywając trzykrotnie z rzędu kryształową kulę i tyle samo razy tytuł mistrza świata, a także zaliczając bardzo dobry występ na igrzyskach olimpijskich (srebrny i brązowy medal w Salt Lake City), przetarł szlaki i dał nadzieję wielu młodym chłopakom w klubach narciarskich, pokazując, że przecież Polak potrafi!
Po Apoloniuszu Tajnerze kadrę prowadziło kilku trenerów. Lata Heinza Kuttina to okres dość nieciekawy; o wiele lepiej sytuacja wyglądała za kadencji Hannu Lepistoe (kiedy to Małysz po raz czwarty zdobył puchar i mistrzostwo świata, a także przygotowywał się z nim indywidualnie do igrzysk w Vancouver, z których przywiózł dwa srebrne medale) oraz paradoksalnie tego, który skakał wspólnie z Małyszem, lecz wypadał przy nim blado niczym śnieg – Łukasza Kruczka. Pomimo iż rzadko miewał dobrą prasę, to właśnie za jego urzędowania w konkursach Pucharu Świata zaczęło przybywać coraz więcej polskich flag. Jeszcze za rządów Lepistoe aspiracje do wielkiego skakania zaczął zgłaszać Kamil Stoch, którego powoli zaczęto namaszczać jako potencjalnego następcę Małysza (pierwszego z nich, mistrza świata juniorów z roku 2004, Mateusza Rutkowskiego, zgubił niestety hulaszczy tryb życia), jednak dopiero przy Kruczku zarówno on, jak i takie talenty jak Maciej Kot, Piotr Żyła czy Dawid Kubacki, zaczęły coraz częściej, chociaż nieregularnie, gościć na ekranach telewizorów. Niezwykły okazał się rok 2011, notabene ostatni w karierze Orła z Wisły. Wtedy to właśnie Kamil Stoch odniósł trzy zwycięstwa w konkursach PŚ – pierwsze w Zakopanem, drugie w Klingenthal, a trzecie na słynnej mamuciej skoczni w Planicy podczas ostatniego występu Adama Małysza w karierze. W mediach od razu pojawiło się wiele komentarzy na temat symbolicznego przekazania pałeczki przez wielkiego mistrza swojemu zdolnemu uczniowi.

Kamil Stoch i Adam Małysz, Planica 2011. Źródło: www.skijumping.pl

Odszedł król, niech żyje król? Na początku wcale nie było tak łatwo. Stoch i spółka regularnie meldowali się w zawodach PŚ (Kamil w 2012 roku wygrał nawet dwa konkursy), jednak stosunkowo dość szybko zaczęto tęsknić za Małyszem, a Kruczka regularnie poddawano krytyce, przede wszystkim za to, że chociaż miał w zespole zawodników utalentowanych, to nie potrafił wykrzesać z nich pełni możliwości. Przełomowe okazały się mistrzostwa świata w 2013 roku w Predazzo (tym samym, w którym dziesięć lat wcześniej dwa złota zdobył Adam Małysz). Wtedy to dość niespodziewanie jeden z konkursów indywidualnych wygrał Kamil Stoch, a trzy dni później nasza reprezentacja zdobyła sensacyjny brązowy medal w konkursie drużynowym. Od tej chwili świat zaczął liczyć się z Biało-Czerwonymi. Stoch w kolejnym sezonie (2013/2014) wygrał sześć konkursów i powtórzył sukces Małysza, triumfując w klasyfikacji generalnej, jednak w międzyczasie zdobył coś, czego jego wielkiemu idolowi nie udało się nigdy – na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi aż dwukrotnie stawał na najwyższym stopniu podium, dzięki czemu po czterdziestu dwóch latach w końcu złoty medal wrócił do Polski (dotychczas jedyne złoto „wskoczyło” Wojciechowi Fortunie w Sapporo w 1972 r.). To był ewidentnie sezon Kamila Stocha, który swoimi sukcesami nawiązał, a nawet momentami przebił osiągnięcia najlepszych rodaków w historii tej dyscypliny. Niestety, późniejsze dwa lata aż tak udane nie były i chociaż znów wpadło parę zwycięstw zarówno Kamilowi, jak i trzem kolegom z drużyny (po razie wygrywali Jan Ziobro, Piotr Żyła i Krzysztof Biegun), a kadrze znów udało się wywalczyć brąz na MŚ (tym razem w szwedzkim Falun), wielu kibicom pamiętających hegemonię Małysza nie podobał się nagły spadek Stocha ze szczytu (szkoda, że większość z nich zapominała o dość poważnej kontuzji, jakiej doznał w międzyczasie). Na domiar złego w mediach zaczęły pojawiać się różnego rodzaju artykuły, często przyozdabiane apokaliptycznymi wręcz nagłówkami typu „Kamil Stoch się skończył”.
Na samym początku obecnego sezonu w kadrze nastąpiły dość poważne zmiany – Łukasza Kruczka po ośmiu latach sprawowania władzy zastąpił bardzo dobry niegdyś austriacki skoczek, Stefan Horngacher, a dyrektorem koordynującym poczynania naszej drużyny został sam Adam Małysz. Wygląda na to, że powołanie tych dwóch osób okazało się strzałem w dziesiątkę. Takiej zimy w historii polskich skoków jeszcze nie było – w praktycznie każdym konkursie Pucharu Świata w pierwszej dziesiątce widnieją polskie nazwiska, a do drugiej serii kwalifikuje się zazwyczaj cała ekipa Biało-Czerwonych! Co więcej, w inauguracyjnym konkursie drużynowym rozpoczynającym ten sezon polska kadra po raz pierwszy w historii wygrała konkurs, a w trakcie Turnieju Czterech Skoczni awansowała na pierwsze miejsce klasyfikacji Pucharu Narodów, wyprzedzając najpierw Niemców, a później Austriaków! No i jakby tego było mało, w Święto Trzech Króli staliśmy się świadkami wiekopomnej chwili – Kamil Stoch, zajmując kolejno drugie miejsca w Obertsdorfie i w Garmisch-Partenkirchen, czwarte w Innsbrucku i pierwsze w Bischofschofen, stał się triumfatorem 65. Turnieju Czterech Skoczni. W przeciwieństwie do deklasującego zwycięstwa Małysza sprzed szesnastu lat, to osiągnięcie nie przyszło jednak tak łatwo. Najgroźniejsi rywale nieustannie deptali Kamilowi po piętach, a na domiar złego na treningu przed zawodami w Innsbrucku, z powodu źle przygotowanego zeskoku, Stoch upadł przy lądowaniu i poważnie stłukł bark. Tym bardziej imponująco przedstawiają się jego dalsze występy, które, chociaż okupione wielkim bólem, były niezwykle regularne w przeciwieństwie do Stefana Krafta czy największego konkurenta Kamila, Norwega Daniela Andre Tande, który w wyjątkowo niefortunny sposób zepsuł swój ostatni skok i zamiast walczyć o zwycięstwo, musiał ratować się przed upadkiem. 

Maciej Kot, Kamil Stoch i Piotr Żyła. Źródło: www.wrealu24.pl

To, czym różnią się TCS z 2001 i 2017 roku, to także miejsca pozostałych Polaków w klasyfikacji generalnej. Szesnaście lat temu na wyjątkowo dobrym 13. miejscu turniej zakończył Wojciech Skupień, jednak następne pozycje Biało-Czerwonych to 47. Roberta Matei, 68. Grzegorza Śliwki i 79. (ostatnie) Tomasza Pochwały. Przy zwycięstwie w wielkim stylu Adama Małysza, owe miejsca wyglądały wręcz karykaturalnie. Jak pięknie przedstawia się zatem tegoroczna klasyfikacja: 1. Kamil Stoch, 2. Piotr Żyła, 4. Maciej Kot, 15. Dawid Kubacki, 20. Stefan Hula, 31. Jan Ziobro, 50. Klemens Murańka. Ogromne gratulacje należą się w tym momencie Horngacherowi, który tchnął na nowo w Stocha ducha zwycięstwa, ustabilizował formę Kota, zlikwidował złe przyzwyczajenia u Piotra Żyły, którego dziś można śmiało nazywać czołowym skoczkiem światowym, a w pozostałych zawodników solidnie zainwestował. Słowa uznania kieruję również do naszego wielkiego mistrza, Adama Małysza, który w roli „opiekuna” naszej kadry spisuje się znakomicie. Nieustannie wspiera całą kadrę, ściąga z niej presję i zawsze wie, co odpowiedzieć, gdy dziennikarz zada prowokacyjne pytanie. Jego łzy wzruszenia po triumfie Stocha wyrażają wszystko. Na to stanowisko nie można było wybrać lepszej osoby!
Pisząc te słowa, patrzę w przyszłość z wielką nadzieją. Chociaż Kamil Stoch ma już trzydzieści lat i w skokach osiągnął właśnie wszystko (doliczył do naprawdę elitarnego grona skoczków, którzy zdobyli najważniejsze trofea w tej dyscyplinie), widać u niego głód skakania i olbrzymią chęć zwycięstw. Piotr Żyła pokazuje, że zrezygnowanie ze słynnego „garbika i fajeczki” uczyniło go skoczkiem najwyższej próby, a Maciej Kot dzięki swej systematyczności na dobre zadomowił się w ścisłej czołówce Pucharu Świata. Po TCS Kamil Stoch zajmuje trzecie miejsce z symboliczną stratą do Domena Prevca i Daniela Andre Tande, Kot wskoczył na pozycję piątą, a Piotr Żyła jest dziesiąty. Trzech Polaków w pierwszej dziesiątce Pucharu Świata – za czasów Adama Małysza takie zdanie brzmiało jak bujdy osoby niezrównoważonej psychicznie, a teraz stało się prawdą! 
I na sam koniec – cieszę się niezmiernie, że doczekaliśmy chwili, w której to nie my zazdrościmy innym, ale oglądają się na nas takie potęgi, jak Niemcy, Austria, Norwegia, Japonia, a przede wszystkim znajdujący się w ogromnym kryzysie Finowie, którzy jeszcze kilkanaście lat temu stawiani byli za wzór profesjonalnej drużyny, a my mogliśmy tylko pomarzyć o takich wynikach, jakie osiągali wówczas Ahonen, Hautamaeki i spółka. Panie i Panowie! Oto mamy drużynę, która w piękny sposób korzysta z dziedzictwa, jakie pozostawił jej jeden z najlepszych zawodników w historii tej dyscypliny, Adam Małysz!
Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

środa, 28 grudnia 2016

Żegnaj księżniczko!

Źródło: www.starwars.com

Rok 2016 nie był łaskawy dla świata gwiazd z pierwszych stron gazet. Pożegnaliśmy w nim między innymi takie legendy jak Natalie Cole, David Bowie, Alan Rickman, Keith Emerson, Prince, Muhammad Ali, Kenny Baker, Gene Wilder, Andrzej Wajda, Leonard Cohen czy Greg Lake. Niektórzy z nich zmarli z przyczyn naturalnych, podczas gdy inni odeszli po przegranej walce ze śmiertelną chorobą. Wyjątkowo brutalny okazał się jednak czas świąteczny. Najpierw w pierwszy dzień świąt gruchnęła wieść o tragicznej śmierci prawie wszystkich muzyków legendarnego Chóru Aleksandrowa, którzy zginęli w katastrofie lotniczej. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny, a wiadomością numer jeden w większości portali stał się zgon George'a Michaela. Niestety, na tym się nie skończyło. Kiedy wracałem pociągiem ze świątecznych wojaży, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie kolejna fatalna informacja: „Nie żyje Carrie Fisher, odtwórczyni legendarnej Księżniczki Lei z sagi „Gwiezdne Wojny".
Wiadomo, że każdy z nas kiedyś odejdzie – życie na tej ziemi nie jest wieczne i nie ma od tej reguły wyjątku. Śmierć gwiazdy wielkiego formatu często boli, gdyż niejednokrotnie jest to osoba, która inspirowała całe rzesze ludzi w wielu zakątkach tego świata i chociaż zazwyczaj nie miała okazji poznać się z większością swoich fanów, to w pewien sposób stawała się częścią ich życia, czy to przez wielokrotne odtwarzanie jej utworów, częstą obecność na ekranie telewizora, czy nawet wizerunek na plakacie w pokoju. Muszę przyznać, że informacja o śmierci Carrie Fisher wstrząsnęła mną najbardziej – w końcu dołożyła ona niezwykle istotną cegiełkę do budowy świata, który zajął w moim życiu niezwykle ważne miejsce.
Carrie Fisher urodziła się 21 października 1956 roku w Beverly Hills; jej ojcem był Eddie Fisher, a matką słynna Debbie Reynolds, znana głównie z roli w „Deszczowej Piosence". W wieku siedemnastu lat zadebiutowała w teatrze jako tancerka i chórzystka, a pierwszą rolę na dużym ekranie otrzymała w 1975 r. w komedii romantycznej „Szampon". Z pewnością nie zdawała sobie jeszcze wówczas sprawy, jak diametralnie odmieni się jej życie po upływie zaledwie dwóch lat.

Od lewej: Mark Hamill, Carrie Fisher, Harrison Ford.
 
Rok 1977 przyniósł ze sobą premierę pierwszej odsłony najbardziej kultowej trylogii filmowej w historii kina. „Gwiezdne Wojny", które otrzymały później podtytuł „Ep. IV – Nowa Nadzieja", okazały się ogromnym hitem w kinach na całym świecie – zdjęcia kilometrowych kolejek do kas biletowych przeszły do legendy, a dzieło George'a Lucasa trafiło na pierwsze miejsce najbardziej dochodowych filmów w historii kina, zostawiając konkurencję daleko w tyle. Wielki udział w tym sukcesie miała właśnie Carrie Fisher, której przypadła w udziale rola księżniczki Lei Organy, jednej z trzech najważniejszych postaci filmu. Praktycznie anonimowa dwudziestoletnia aktorka znakomicie sobie poradziła, grając u boku Marka Hamilla (Luke Skywalker) i wschodzącej gwiazdy Hollywood, Harrisona Forda (Han Solo). Leia w jej wykonaniu to niezwykle wyrazista, charakterna i bezkompromisowa postać; choć jest urodziwą księżniczką – bliżej jej raczej do rebeliantki, która dobrze czuje się w zbroi. Świetnie radzi sobie z blasterem, nieobce są jej pościgi i ucieczki, potrafi nazwać Chewbaccę „chodzącym dywanem" – krótko mówiąc, nie daje sobie w kaszę dmuchać i nawet sam Han Solo, chociaż nie szczędzi jej kąśliwych uwag, jest pod wrażeniem temperamentu księżniczki i ani myśli śmiać się z jej dość oryginalnej fryzury. Pomimo twardego charakteru, od czasu do czasu odkrywa również swoją wrażliwą stronę – jest niezwykle wierna wobec Rebelii, wrażliwa na krzywdę przyjaciół, a nawet potrafi się zakochać. Jej romans z Hanem w „Imperium Kontratakuje", oparty na lawinie uczuciowych pyskówek, to jeden z najlepszych wątków miłosnych, jakie pojawiły się kiedykolwiek w Hollywood.
Niestety, pomimo wielkiej popularności, jaką zyskała za sprawą „Nowej Nadziei", w życiu osobistym Carrie Fisher co rusz pojawiały się mniejsze i większe burze. Zaczęła nadużywać narkotyków i alkoholu, a pomimo ponownie świetnie przyjętej roli Lei we wspomnianej kontynuacji „Gwiezdnych Wojen" („ep. V - Imperium Kontratakuje") oraz udziału w słynnej komedii „Blues Brothers", w tym samym roku (1980) stwierdzono, że nie nadaje się do gry aktorskiej. Zapisała się na kurację odwykową, a jakby było tego mało, zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową. Jakimś cudem udało jej się zagrać Leię, ponownie w sposób przekonujący (do legendy przeszło jej niewolnicze, złote bikini), po raz trzeci w "Powrocie Jedi" (1983). W tym samym roku poślubiła słynnego muzyka Paula Simona (niestety, ich małżeństwo przetrwało ledwie osiem miesięcy), jednak jej kariera aktorska ewidentnie uległa załamaniu. W czasie gdy jej starszy kolega z planu, Harrison Ford, stawał się jednym z najbardziej pożądanych artystów w całym Hollywood, ona kończyła odwyk. W trakcie kuracji poddawała się nawet elektrowstrząsom, po czym... postanowiła skupić się na pisaniu. Na bazie pozostałości wspomnień (jak twierdziła, część z nich bezpowrotnie utraciła) postanowiła napisać spektakl oraz autobiografię. Pogodziła się z chorobą, z której potrafiła nawet żartować, i daleko jej było do obwiniania o swoje nałogi rodziców, jednak na wielkim ekranie występowała sporadycznie i zwykle w mało istotnych rolach. W jej filmografii ze znanych tytułów można odnaleźć „Hannah i jej siostry", czy „Kiedy Harry poznał Sally", jednak już nigdy więcej nawet nie zbliżyła się do wielkości, którą dała jej rola Lei. Życie osobiste okazało się pasmem porażek, jednak ukończona w 1990 roku biografia „Postcards from the Edge" zyskała uznanie w oczach krytyków, a Fisher została laureatką Los Angeles Pen Award za debiut książkowy. To właśnie na podstawie tej pozycji został nakręcony film „Pocztówki znad krawędzi" z Gene Hackmanem, Meryl Streep i Shirley MacLaine w rolach głównych.
W latach 90-tych i pierwszej dekadzie XXI wieku próżno było szukać jakichkolwiek informacji o jej życiu. Sporadycznie można było przeczytać na temat jej załamania nerwowego, powrotu do używek i pogłębiającej się chorobie, jednak sama w mediach pojawiała się bardzo rzadko. Pech chciał, że kiedy znów pojawiła się na wielkim ekranie w 2015 r. w swojej etatowej roli (Leia po przejściach w filmie "Gwiezdne Wojny, ep. VII – Przebudzenie Mocy") i wydawało się, że znów może być o niej głośno, jej serce postanowiło bić coraz wolniej i po roku odmówiło posłuszeństwa. W przedzień wigilii, pod koniec lotu z Londynu do Los Angeles, gdzie miała promować swoją najnowszą książkę „The Princess Diaries", doznała rozległego ataku serca i trafiła na intensywną terapię. Pomimo optymistycznych wieści w trakcie świąt, 27 grudnia 2016 roku cały świat obiegła straszliwa wiadomość – „Carrie Fisher zmarła w wieku 60 lat".

Źródło: http://www.fahrenheit.net.pl

Tak jak pisałem we wstępie, śmierć czeka każdego z nas i nikt przed nią nie ucieknie. Jednak odejście takich osób jak Carrie Fisher jakoś wyjątkowo boli. Gdy widzi się, jakim potencjałem dysponowała ta aktorka i jak wielką sympatią darzono ją na całym świecie, a jednocześńie jak sama zupełnie nie potrafiła sobie poradzić ze sławą, pozostaje wielki żal i współczucie. Uczucia te potęgują zwłaszcza ostatnie, dość udane jak na ostatnie trzy dekady, lata jej kariery. Nowa książka, rola w „Przebudzeniu Mocy" i... króciutki epizod w najnowszym „Rogue One". Nie chcę zdradzać o jaką scenę chodzi, jednak kto widział film i niedługo po premierze dowiedział się o śmierci Carrie, ten na pewno przeżył chwilę zadumy. Odeszła od nas kobieta nietuzinkowa – osoba, która z jednej strony stworzyła jedną z najbardziej kultowych postaci żeńskich w historii kina, a z drugiej co chwilę przegrywała walkę ze swomi własnymi demonami. Świat o tym nie wiedział, bo zawsze patrzył na nią przez pryzmat pięknej księżniczki z legendarnej sagi, nawet gdy jej młodzieńczy wdzięk już dawno uleciał. Kondolencje napływające z całego świata pokazują, jak mocno jej postać wszczepiła się w kulturę masową. Nie zobaczymy już Carrie w żadnej filmowej roli, nie przeczytamy ani jednej nowo napisanej przez nią książki, jednak pozostanie w naszej pamięci tak długo, jak istnieć będzie legenda „Gwiezdnych Wojen". A jej kres przyjdzie nieprędko.
Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

piątek, 25 listopada 2016

Samodestrukcja czy samozadowolenie?


Stało się. Oto jeden z najsłynniejszych zespołów w historii muzyki wydał swoją dziesiątą (jeżeli nie liczyć wydawnictw typu Garage Inc. czy S&M) studyjną płytę. Jak na trzydzieści pięć lat działalności, to niezbyt dużo, łatwo można bowiem policzyć, że czwórka z San Francisco świeży materiał wydaje średnio raz na trzy i pół roku, a tym razem postanowiła pobić rekord i na nowy krążek kazała czekać fanom aż osiem wiosen. Czy Metallica, bo to o niej oczywiście mowa, wypuszczając album o niezbyt zachęcającej nazwie „Hardwired... To Self-Destruct", zdołała utrzymać się na powierzchni?
Przyznam się bez bicia – druga połowa moich nastoletnich lat upłynęła pod znakiem muzyki tego zespołu. Wraz z kolegą z ławki w liceum zasłuchiwaliśmy się w płytach Mety w nieskończoność, znając większość riffów, solówek i tekstów na pamięć. Podobnie jak znakomita część fanów na całym świecie, za najlepszy okres ich twórczości uważaliśmy pierwsze pięć płyt („Kill'em All", „Ride the Lightning”, „Master of Puppets”, „...and Justice for All” i „Metallica”, potocznie znana jako „Black Album”), jednak do powszechnie mniej lubianych „Load” i „Reload” podchodziliśmy z szacunkiem i zawsze coś dla siebie znaleźliśmy – bądź co bądź, jest to naprawdę solidny materiał hard-rockowy. Jedynie „St. Anger” uważaliśmy za pomyłkę, chociaż i tu nie było aż tak tragicznie, ze dwa-trzy kawałki dało się przesłuchać po kilka razy. Po drodze wpadło jeszcze solidne "Death Magnetic" i tak doszliśmy do roku 2016.
Po tylu latach, kiedy motyle już dawno uleciały z brzucha, a emocje związane z poznawaniem czegoś nowego również opadły, mogę stwierdzić, że Metallica to zespół niezwykle specyficzny, nie bez powodu budzący wręcz skrajne emocje. Z jednej strony można natrafić na prawdziwą armię fanatyków, dla której każdy gest Hetfielda i spółki to święto, za którego skrytykowanie trafi się z miejsca na sąd ostateczny, z drugiej – istnieje prawdziwa masa osób, która wytyka kapeli równie wielką masę minusów, które mają sugerować, jakobyśmy mieli do czynienia z najbardziej przereklamowanym bandem wszech czasów; a to komercja, a to śmierć Cliffa Burtona w 1986 r., która obdarła ich z kreatywności, a to walki Ulricha (którego, przy okazji, od lat określa się najgorszym perkusistą w show-biznesie) z Napsterem w latach 90-tych, a to słaba forma wokalna Hetfielda na występach live i takaż Kirka Hammetta (a w zasadzie Wahmetta – gitarzyści zrozumieją, o co chodzi), sztuczna zmiana wizerunku w latach dziewięćdziesiątych i jeszcze bardziej sztuczne zapowiadanie powrotu do korzeni ostatnimi czasy itp. itd. etc. Przyznam, że sporo w tym racji, jednego jednak nie można im odjąć – jest to nadal aktywna grupa, która wciąż posiada ogromne pokłady energii, daje znakomite koncerty na żywo, gdzie zawsze może liczyć na komplet widzów, i przede wszystkim cały czas istnieje. No dobra, miało być o nowej płycie, więc będzie o płycie.


Trzeba przyznać, że panowie z San Francisco postanowili nieco rozpieścić swoich fanów, dając im tym razem aż dwa krążki ze swoją muzyką. Czy było to zasadne, jeszcze się okaże; niemniej w sklepach można nabyć także edycję trzypłytową, wzbogaconą o jeden bonusowy numer, parę coverów oraz nagrań na żywo. Sama okładka szału nie robi – co gorsza, niektórym może przypominać koszmarka „Lulu”, wydanego pięć lat temu przy okazji współpracy z Lou Reedem, o którym dla własnego spokoju nawet nie będę wspominał. Wiadomo jednak, że po okładce się nie ocenia, to zawartość ma świadczyć o poziomie najnowszego wydawnictwa.
A poziom zły nie jest – można powiedzieć, że Metallica postanowiła nas zabrać na swego rodzaju podróż przez cały okres ich twórczości. Otwierające krążek „Hardwired” (pierwszy singiel z płyty) to szybka, mocna i brutalna thrashowa sieczka, na myśl przywodząca utwory z debiutanckiego „Kill'em All”, pełni też swoistą kontynuację ostatniego utworu na „Death Magnetic” – „My Apocalypse”. Tekst do zbyt ambitnych nie należy, jednak fanów starej Mety powinna zadowolić przede wszystkim warstwa muzyczna. Ciekaw jestem tylko, jak Lars zagra to na koncertach, bo to, że nie wyrobi tempa, jest więcej niż pewne, a z metronomem to ten pan raczej nigdy się nie lubił.
Utwór numer dwa – „Atlas, Rise!” to trzeci singiel, jaki został wypuszczony przed oficjalną premierą. Jest to utwór bardzo solidny, powiedziałbym nawet, że jeden z najlepszych na płycie, jednak ja tu w refrenie oraz części instrumentalnej (ok. 4:30) słyszę Iron Maiden! Gdybym poznał ten utwór w wersji bez wokalu Hetfielda, mógłbym przysiąc, że jest to numer w części napisany przez Steve'a Harrisa i spółkę. Może był to celowy „tribute” w stronę Maidenów, ja jednak przy pierwszym odsłuchaniu byłem dość skonsternowany.
Numer trzeci, „Now That We're Dead”, okazał się póki co moim ulubionym. Naprawdę zacnie wypada riffowy wstęp a'la utwory z Czarnego Albumu, połączony z bardzo ciekawym patentem perkusyjnym (!) – nie wiem, czy ktoś zagrał to za Ulricha, ale ta „wtryniająca się” podwójna stopa zaiste brzmi nieźle! Wokal Hetfielda brzmi tu jak wyjęty z czasów nagrywania Load i Reload, nawet jego charakterystyczne zaśpiewy przenoszą nas o 20 lat wstecz i przypominają chociażby  „Until It Sleeps”. Refren wpada w ucho, zostaje w głowie po przesłuchaniu, solo Hammetta spokojnie mogłoby znaleźć się na Black Album, a sam utwór jako całość nie nuży. Dobra robota, panowie!
„Moth Into Flame” czyli numer cztery, to także singiel numer dwa z tejże płyty. Wstęp łudząco przypomina utwory z „Death Magnetic”, więc podejrzewam, że był nagrywany dość dawno. Tak naprawdę całość cały czas coś tu „przypomina”, z wyjątkiem refrenu; duet wokalny Hetfield – Trujillo wypada zaskakująco dobrze i aż chce się z nimi wspólnie śpiewać. Delikatnie jednak mówiąc, nie szaleję za tym utworem – chyba pierwszy raz na tej płycie można poczuć, że numer został na siłę wydłużony. Cztery i pół minuty absolutnie by wystarczyło.
Numer pięć, „Dream No More” to z kolei znów wycieczka w przeszłość o ponad dwadzieścia lat. Wstęp brzmi niczym riff wyjęty z płyty „...and Justice For All”, a przepuszczony przez efekt wokal Hetfielda to z kolei „Reload” jak żywy. Skojarzyło mi się z „Where The Wild Things Are” z tegoż właśnie albumu. Utwór jako całość jest ciężki, utrzymany w średnim tempie i przez cały czas ewidentnie próbuje przenieść nas w czasie. Dla mnie osobiście jest to całkiem miła wycieczka, jednak ponownie mam zastrzeżenia co do długości – znów odjąłbym minutę i byłoby cacy.
Utwór zamykający pierwsze CD, czyli „Halo On Fire” to bardzo ciekawe połączenie riffowania a'la „Death Magnetic” oraz ponownie utworów z czasów „Load” i „Reload”. W zwrotce po raz pierwszy słyszymy gitary w barwie czystej, a Hetfield znów przeniósł nam się w czasie o przynajmniej dwadzieścia lat. Refren to z kolei chyba jeden z najlepszych momentów na całej płycie. Jest ciężki i dynamiczny, świetnie wpada w ucho, w tle pięknie grają gitary, a wokalna ekspresja Jamesa może się podobać. Słychać tu momentami mały „tribute” dla samego Black Sabbath.


Przesłuchanie krążka numer jeden idzie dość szybko. Zdarzają się chwilowe dłużyzny, jednak same utwory są zapamiętywalne i widać, że panowie przyłożyli się do roboty. Czy jednak to samo mogę powiedzieć o CD numer 2? „Confusion”, czyli numer otwierający, jak sama nazwa wskazuje, mówi o zakłopotaniu i w takie same zakłopotanie wprowadza. Kawałek jest nagrany poprawnie, ponownie fajnie brzmią partie wspólnie śpiewane przez Jamesa i Roberta, ale jako całość nie porywa. Riff, chociaż mocny, tym razem nie wpada aż tak w ucho, a zastosowane tu patenty znów „coś przypominają”. Że już nie wspomnę o przynajmniej dwóch minutach muzyki za dużo. Trochę na myśl przychodzą zapełniacze z „Load” i „Reload”.
„Manunkind”, numer dwa, to chyba najciekawiej rozpoczynający się utwór na całym albumie. Od razu przypomina się „My Friend of Misery”, ale także charakterystyczne basowe wstępy Steve'a Harrisa z Iron Maiden wraz z prowadzącym z nim dialog Dave'm Murray'em. Po chwili jednak, gdy klimat się zmienia i przełączamy tryb na „metal”, znów jest... nudno. Kawałek mocno przypomina „The Judas Kiss” z poprzedniej płyty, zwłaszcza w refrenie. Chociaż panowie starali się nagrać coś ciekawego, w tym właśnie momencie słuchacz może zacząć się niecierpliwić. A to dopiero ósmy z dwunastu utworów na całym albumie.
„Here Comes Revenge” zaczyna się ciekawie – słychać tu „...and Justice For All”, później mamy typowe przejścia charakterystyczne dla Metalliki, zwrotkę w stylu „Death Load Magnetic” i wyjątkowo słaby refren. Chciałbym napisać o tym kawałku naprawdę coś pozytywnego, może gdyby został umiejscowiony na płycie wcześniej, jego odbiór byłby nieco lepszy, jednak po blisko godzinie słuchania, aż chciałoby się żeby z głośników poleciała jakaś ballada albo chociażby utwór instrumentalny (jeden motyw mocno zresztą przypomina tu „Suicide & Redemption” z poprzedniego albumu), a nie znów to samo. Za co ta zemsta, panowie?
Numer cztery (albo dziesięć), „Am I Savage?” znów daje nadzieję naprawdę ciekawym wstępem w stylu Iron Maiden. Następujący po nim riff jest solidny, zwrotka to znów klimaty a'la „Load-Reload” (Hetfield chyba dużo słuchał tych krążków w trakcie nagrywania), ale na szczęście pozytywnie zaskakuje refren. Przez chwilę brzmi nawet jak Dream Theater (!) na „Train of Thought”, a wykrzykiwane przez Jamesa „Am I savage?” zostaje w głowie. Chociaż kawałek znów jest przynajmniej o minutę za długi, daje nadzieję, że może jeszcze nie będzie tak źle?
„Murder One” wydaje się odpowiadać na to pytanie twierdząco. Wstęp jest naprawdę rewelacyjny – spokojnie mógłby znaleźć się na „...and Justice For All”. Riff daje radę, jest ciężki, ale też prosty i nieprzekombinowany, a Hetfield tym razem bardziej przypomina Jamesa już z XXI wieku, chociaż nadal wzorującego się na latach 90. Instrumentalna połowa również powinna się podobać. Gitarowe motywy wpadają w ucho, a solówka Hammetta jest wyrazista i przede wszystkim ma odpowiednią długość (chyba realizator w porę wyłączył mu jego wah-wah). Tego kawałka zapychaczem już nie nazwę.
Kiedy wydaje się, że dostaliśmy już wszystko, czego mogliśmy się spodziewać, nagle na sam koniec otrzymujemy prawdziwą bombę. „Spit Out The Bone” to potężna thrashowa jatka, która od razu przywodzi na myśl nieśmiertelne „Damage Inc.” z „Master of Puppets”, czy „Blackened” albo „Dyer's Eve' z „...and Justice for All”. Ja się pytam – dlaczego tak późno? Rozumiem, że w ten sposób panowie w pewien sposób oddali hołd samym sobie, umieszczając na samym końcu takiego hardkora, ale co poniektórzy mogą już do tego momentu zwyczajnie nie dotrwać. Sam utwór na pewno zadowoli najbardziej zagorzałych fanów i jeżeli do tej pory nie podobało się im na tym albumie nic, „Spit Out The Bone” będzie pozytywnym wyjątkiem. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wbił szpilki pewnemu duńskiemu perkusiście. Panie Lars – powiedz nam, jak zamierzasz odtworzyć to na żywo w tempie? No tak, pewnie reszta się nad Tobą zlituje i w ogóle tego grać nie będziecie...

Czy Ci panowie są jeszcze w stanie czymś nas zaskoczyć?
Od lewej: Kirk Hammett, Lars Ulrich, Robert Trujillo, James Hetfield.
Źródło: www.metalinjection.net
„Hardwired... To Self-Destruct” to całkiem porządna pozycja na rynku ciężkich brzmień. Jednak fakt, że jest to twórczość tak legendarnego zespołu, jak Metallica, od razu każe patrzeć na siebie bardziej krytycznym okiem. Mamy tu naprawdę dobre momenty – większość CD 1 nadaje się do wielokrotnego słuchania i chociaż nie jest niczym rewolucyjnym w świecie ciężkich brzmień, wielu słuchaczy tego typu klimatów zadowoli. Końcówka krążka drugiego to także kawał solidnego mięcha, a ostatnie minuty to naprawdę niesamowita kanonada i miód na uszy fanów „prawdziwej Metalliki”. Gdyby jednak zależało to tylko ode mnie, wyrzuciłbym z albumu utwory nr 1, 2, 3 i 4 z CD 2, a „Murder One” i „Split Out The Bone” umieścił na CD 1, i w ten sposób otrzymalibyśmy jeden spójny i naprawdę dobry, a nawet bardzo album. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że wówczas mógłby on konkurować z najlepszymi dokonaniami Metalliki z lat osiemdziesiątych. Na tę chwilę oceniam go minimalnie wyżej niż „Death Magnetic” i fanom Hetfielda i spółki oczywiście polecam – być może po wielokrotnym przesłuchaniu odkryjecie na nim coś nowego, a utwory które mi nie przypadły do gustu, Wam się akurat spodobają.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

sobota, 12 listopada 2016

Jest dobrze!


Źródło: http://static.prsa.pl

Wczorajszy, czwarty już mecz eliminacji do mistrzostw świata w Rosji miał dać odpowiedź na kilka pytań: czy morale zawodników nie upadły w wyniku ostatniej afery alkoholowej? Czy selekcjoner Nawałka potrafi na nowo zebrać do kupy swoich podopiecznych i pomimo wielu przeciwności konsekwentnie iść do przodu? Czy Rumunia faktycznie jest najgroźniejszą drużyną w tej grupie? No i w końcu – czy czeka nas kolejny mecz pełen nerwów? Myślę, że spotkanie w Bukareszcie dało nam doskonały obraz obecnej sytuacji w kadrze, a my z nadzieją możemy patrzeć w następny rok. Ale po kolei:

1. O alkoholowych libacjach części naszej drużyny na poprzednim zgrupowaniu napisano w zasadzie wszystko; sam zresztą stworzyłem dość obszerną notkę na temat zasad, jakimi powinien kierować się piłkarz, kiedy reprezentuje nasz kraj na arenie międzynarodowej. Jak wiemy, selekcjoner Nawałka wraz z prezesem PZPN Zbigniewem Bońkiem stanowczo zapowiadali, że z balangowiczami się rozprawią i żadnej taryfy ulgowej nie będzie. Wielu chciało, aby poleciały głowy, a nazwiska imprezowiczów zostały oficjalnie podane do publicznej wiadomości, a tymczasem, jak widać, sprawa została rozwiązana polubownie i wyłącznie na szczeblu wewnętrznym. Możemy domyślać się jedynie sankcji, jakie zaaplikowano tym najbardziej zabawowym kadrowiczom (prawdopodobnie skończyło się na wysokich karach finansowych i naganach), trzeba jednak przyznać, że Adam Nawałka po raz kolejny udowodnił, że jest wysokiej klasy dżentelmenem, a publiczne pranie brudów nie leży w jego naturze. Nie dość, że nikogo oficjalnie nie potępił, to jeszcze dał drugą szansę tym, o których plotkowało się najwięcej w kontekście niewylewania za kołnierz, a ci nie dość, że zagrali tym razem znacznie lepiej, to w dodatku zasłużyli na wyróżnienie za naprawdę świetne zawody.

2. W nawiązaniu do opisanych powyżej problemów oraz poważnej kontuzji Arkadiusza Milika, wykluczającej snajpera Napoli przynajmniej do marcowych spotkań eliminacyjnych, wielu zadawało sobie pytanie jak będzie wyglądać nasza gra z przodu. Wielką bolączką gry naszej kadry w przeszłości była bowiem ogromna dziura, jaka tworzyła się między drugą linią a osamotnionym na szpicy Lewandowskim, który niejednokrotnie w przypływie frustracji cofał się do środka pola i sam próbował rozgrywać, nie mając przy tym godnego partnera do gry. Na pierwszy rzut oka zestawienie drugiej linii również nie napawało zbyt wielkim optymizmem – Krychowiak zupełnie wypadł z rytmu meczowego, Linetty to zawodnik o tyle zdolny, co wciąż niedoświadczony, Zieliński dobre mecze przeplata fatalnymi, a Grosicki i Błaszczykowski, choć zwykle gwarantują solidną grę na skrzydłach, to skuteczne odcięcie ich od podań do Lewandowskiego praktycznie niweluje naszą siłę ofensywną. A Rumuni to przecież solidna drużyna, co częściowo pokazali na Euro zwłaszcza w meczu otwarcia z Francją. Nawałka miał więc spory ból głowy, jednak w końcu przypomniał chyba sobie, jak wielki potencjał drzemie w drużynie, która przecież całkiem niedawno dopiero po rzutach karnych przegrała na Euro z późniejszym mistrzem.

3. Od początku losowania Rumuni byli przedstawiani jako nasz największy rywal do walki o pierwsze miejsce w grupie. Jako jedyni, oprócz nas, występowali na mistrzostwach Europy we Francji (gdzie jednak osiągnęli znacznie gorszy wyniki niż Biało-Czerwoni), w swoich szeregach mają zawodników grających w klubach ligi włoskiej i hiszpańskiej, a ich selekcjonerem jest od niedawna doświadczony niemiecki trener, Christoph Daum. Chociaż do wczorajszego spotkania zgromadzili zaledwie pięć punktów, mecz u siebie z największym rywalem w grupie miał być tym przełomowym. Życie jednak w brutalny sposób zweryfikowało marzenia Rumunów o osiągnięciu korzystnego rezultatu, a wszelkie obawy z naszej strony okazały się bezzasadne, chociaż nie obyło się bez nerwów, tym razem jednak mających swoje źródło głównie poza boiskiem.

4. Zarówno piłkarze rumuńscy, jak i ich kibice (a w zasadzie kibole), zostali chyba oszołomieni różnicą klas, jaka dzieliła obie drużyny od samego początku spotkania. Polacy spokojnie i bardzo pewnie konstruowali swoje akcje, podczas gdy zawodnicy w żółtych strojach wyraźnie postawili sobie za cel polowanie na kości naszych reprezentantów. Po tym, jak Grosicki niczym Maradona wywiódł w pole wespół z asekurującym go Lewandowskim pięciu obrońców drużyny przeciwnej i mocnym, efektownym strzałem otworzył wynik tego spotkania, wśród zawodników i kibiców rumuńskich dało się odczuć dużą frustrację. Na trybunach co chwilę słychać było odgłosy wybuchających petard, na boisku lądowały race, a gospodarze nie mogli pogodzić się ze swoją bezradnością, gdy raz po raz ich akcje w kapitalny sposób przerywali Piszczek i spółka. Prawemu obrońcy Borussii Dortmund za to spotkanie należy się szczególne wyróżnienie, gdyż dawno nie widziałem meczu, w którym ktoś tak skutecznie wybił grę z głowy swojemu rywalowi. Lewoskrzydłowy reprezentacji Rumunii i Anderlechtu Bruksela, niejaki Alexandru o wdzięcznym nazwisku Chipciu, wyglądał przy naszym asie jak mały, bezradny hipopotamek. Piszczek nie tylko mijał go z dziecięcą łatwością, dzięki czemu co rusz inicjował akcje ofensywne, ale kilkakrotnie w sposób absolutnie światowy powstrzymał groźne ataki swojego rywala, genialnie go blokując, czy nawet wymuszając faule ofensywne.

Źródło: s3.party.pl

Wielka szkoda, że zarówno zawodnicy rumuńscy, jak i ich kibole nie potrafili uszanować klasy naszej drużyny. Kopiącego i depczącego Lewandowskiego Andone jeszcze można by przecierpieć, jednak sytuacja, w której metr od naszego kapitana wybuchła rzucona z trybun petarda, to ogromny, niewybaczalny wręcz skandal na skalę międzynarodową. Tego typu bandytyzm musi być surowo karany, a delikwentowi który takim czynem się "popisał", dożywotnio powinno się odebrać możliwość wstępu na jakiekolwiek imprezy masowe. Miejmy też nadzieję, że UEFA podejdzie do sprawy poważnie, a federacja rumuńska będzie musiała liczyć się ze srogimi konsekwencjami. Dzięki Bogu, że naszej gwieździe nic się nie stało, jednak przez te dwie-trzy minuty milionom kibiców w Polsce musiało szybciej bić serce.
Okazało się, że był to przełomowy moment spotkania. W naszych kadrowiczów wstąpiła sportowa złość, ataki na bramkę Tătărușanu znów się nasiliły, a wprowadzenie w końcówce nabuzowanego Teodorczyka było kolejnym strzałem w dziesiątkę naszego selekcjonera. Snajper Anderlechtu pokazał, że afera alkoholowa w żaden sposób nie wpłynęła na jego dyspozycję, co udowodnił już trzy minuty po wejściu, zaliczając asystę przy pięknym trafieniu Lewandowskiego. Nasz kapitan w najlepszy możliwy sposób odpłacił się więc rumuńskim bandytom, a co więcej, w końcówce spotkania został sfaulowany w polu karnym (znów podawał mu Teodorczyk!), po czym wykonał "jedenastkę" w najlepszy możliwy sposób.
3:0 na boisku najgroźniejszego rywala to doskonały wynik, a nas mogą dodatkowo cieszyć dwie ważne rzeczy: po pierwsze – w końcu udało się utrzymać prowadzenie przy jednoczesnym odparciu ataków rywali i jeszcze ten wynik w końcówce poprawić, a po drugie – przez całe spotkanie piłkarze konsekwentnie realizowali plan selekcjonera i ani przez chwilę nie dali po sobie poznać, że stracili panowanie nad sytuacją. Świetnie spisała się nasza defensywa – widać, że Glik i Pazdan bardzo dobrze się rozumieją, a ich pewność wzrasta, gdy mogą wspólnie tworzyć parę stoperów. Piszczek to absolutna klasa światowa, a Jędrzejczyk pod okiem Nawałki gra coraz lepiej i powoli staje się lewym obrońcą pełną gębą. Fabiański za dużo się nie napracował, ale zawsze był tam, gdzie być powinien. Środek pola również udźwignął presję, chociaż w jego stronę kieruję najwięcej zastrzeżeń, a zwłaszcza do jednej z naszych największych gwiazd – Grzegorza Krychowiaka. Myślę, że przez te trzy-cztery miesiące siedzenia na ławce PSG, na konto naszej "dziesiątki" wpłynęło odpowiednio dużo pieniędzy, dzięki czemu zimą będzie mógł szukać nowego klubu, chociażby na półroczne wypożyczenie. Wczoraj jak na dłoni było widać, że Krycha ewidentnie wypadł z rytmu meczowego, jego decyzje były spóźnione, ruchy powolne, a współpraca z resztą drużyny zupełnie nie przypominała tej z mistrzostw Europy. Apeluję więc do jego agenta, aby jak najszybciej znalazł nowego pracodawcę Krychowiakowi, który w końcu do PSG przychodził jako jeden z najlepszych defensywnych pomocników w Europie. Linetty to chłopak wciąż młody, widać, że momentami zżera go presja, jednak potencjał, jaki w nim drzemie, jest ogromny; dobrze się stało, że pojawił się w okresie, gdy w odmętach trybun Leicester przepadł nam Bartosz Kapustka. Zieliński dał wczoraj bardzo solidny występ, chociaż i on pokazał już, że potrafi więcej. Błaszczykowski jak zwykle nie zszedł poniżej swojego poziomu, a Grosickiego śmiało można określić jako jednego z bohaterów meczu.
Jak zwykle muszę poświęcić parę osobnych słów naszemu kapitanowi. Robert Lewandowski po raz już-nie-wiem-który pokazał, jak niesamowitym jest zawodnikiem, a w naszej kadrze wręcz kosmitą. Niech za samą rekomendację wystarczy fakt, że rywale nie potrafili go powstrzymać inaczej niż chamskimi faulami, a rumuńscy kibole postanowili zorganizować na niego zamach. Po wczorajszych dwóch trafieniach ma już na koncie siedem goli w tych eliminacjach i, jak widać, znów zgłasza aspiracje do odebrania korony króla strzelców tej fazy mistrzostw. Warto też wspomnieć, że w tym momencie z czterdziestoma dwoma golami plasuje się na trzecim miejscu wszech czasów, jeśli chodzi o klasyfikację strzelców w naszej reprezentacji, a do dogonienia jej lidera, Włodzimierza Lubańskiego, brakuje mu zaledwie sześciu bramek. 

Źródło: www.dzennikbaltycki.pl

Po październikowej rundzie w szeregach naszej reprezentacji pojawiło się sporo wątpliwości, niepewności i strachu, czy aby na pewno jesteśmy w stanie udźwignąć presję i po dwunastu latach przerwy awansować na mundial. Chociaż do końca eliminacji długa droga, to znów mogliśmy się przekonać, że potencjał w naszej drużynie jest ogromny, a świetny wynik na Euro nie był przypadkiem. Jeżeli do końca fazy grupowej będziemy grać z takim zaangażowaniem, pewnością i wiarą, jak we wczorajszym spotkaniu z Rumunią, to o awans możemy być spokojni. Zatem do boju Panowie i do zobaczenia w marcu!

Pozdrawiam,
Daniel Wu. AKA Bzdur Stejk

niedziela, 30 października 2016

Muzyka filmowa – mój TOP 20

Czasy, gdy film jedynie przenosił teatr na wielki ekran, minęły bezpowrotnie. Dziś nikt nie wyobraża już sobie kina bez pięknych zdjęć, profesjonalnego montażu, zapierającej dech w piersiach scenografii, a przede wszystkim jednej z wciąż najbardziej nieodgadnionych dziedzin sztuki, oddziałującej na wszystkie ludzkie zmysły muzyki. Najlepsi kompozytorzy potrafią nie tylko stworzyć melodie, które w doskonały sposób współgrają z danymi scenami w filmie, ale także spowodować, że stworzone przez nich dźwięki niejako zaczynają żyć odrębnym życiem.

Dzisiejsze zestawienie miało pierwotnie zawierać dziesięć najpiękniejszych kompozycji filmowych, jakie według mnie kiedykolwiek powstały. Stwierdziłem jednak, że ograniczając się do takiej liczby, pominę wiele wspaniałych melodii, których brak uznałbym za okrutną niesprawiedliwość. Tym razem zrobię więc wyjątek i swą listę rozszerzę do aż dwudziestu pozycji. Myślę, że w żaden sposób nie zaważy to na jakości notki, za to pozwoli wielu osobom zapoznać się z niesamowitymi kompozycjami, które być może zagrają im równie pięknie, jak od lat grają mojemu sercu. Muszę szczerze przyznać, że wybierając motywy muzyczne, które postanowiłem dzisiaj umieścić, parę razy zakręciła mi się łezka w oku.

Nie mógłbym zapomnieć jeszcze o jednej ważnej kwestii, która sprawia, iż większość z nas często nieświadomie popełnia błąd, gdy mówi o kompozycjach w filmie. „Muzyka filmowa", z angielskiego score, to inaczej akompaniament ilustracyjny, który pojawia się jako tło obrazu i często nie wydaje się go nawet na osobnej płycie CD. Za jego stworzenie jest odpowiedzialny wybrany przez producenta kompozytor, a przy okazji wręczania nagród efekty jego pracy zgłasza się do kategorii „najlepsza muzyka oryginalna". „Ścieżka dźwiękowa", czyli „soundtrack" lub „ost", to z kolei lista utworów, które zostały w całości lub częściowo włączone do ogólnej warstwy muzycznej danego filmu. Te najbardziej zapadające w pamięć nagradza się w kategorii „najlepsza piosenka".

Stwierdzając powyższe, ze spokojem sumienia i niekłamaną przyjemnością prezentuję więc osobiste TOP 20 muzyki filmowej:
 
20. Przeminęło z wiatrem (1939, muz. Max Steiner)


 Wielka duma Hollywood. Protoplasta dzieł tworzonych z wielkim rozmachem, ponadczasowy czterogodzinny melodramat, film, który niespełna osiemdziesiąt lat temu potrafił zarobić prawie czterysta milionów dolarów. Nieprędko zostanie wymazany z pamięci, tak jak i piękna muzyka Maxa Steinera.

19. Powrót do przyszłości (1985, muz. Alan Silvestri)


 Klasyka filmu przygodowego. Któż z nas nie chciał wybrać się w wielką podróż z Martym McFly'em? I któż nie nucił tego ponadczasowego motywu autorstwa Alana Silvestriego?

18. Lawrence z Arabii (1962, muz. Maurice Jarre)


Kolejny klasyk Hollywood i kolejny piękny motyw muzyczny. Maurice Jarre (zbieżność nazwisk z Jean Michelem nieprzypadkowa!) dał się poznać w Fabryce Snów jako kompozytor, który idealnie obrazował w sposób muzyczny to, co widać w danej chwili na ekranie. W melodiach z Lawrence'a" idealnie słychać klimaty Bliskiego Wschodu i niemiłosiernie palących piasków pustyni.

17. Terminator 2: Dzień sądu (1991, muz. Brad Fiedel)


Zestaw kompozycji, dzięki którym pokochałem brzmienie syntezatorów. W żadnym innym filmie nie została chyba tak doskonale zobrazowana muzycznie nadchodząca zagłada. Sam film to natomiast mistrzowskie połączenie sci-fi i kina akcji z postapokaliptycznym tłem.

16. American Beauty (1999, muz. Thomas Newman)


Małe zaskoczenie? Nie bez powodu wrzuciłem też dwa motywy muzyczne pochodzące z tego filmu. Uważam, iż Thomas Newman to jeden z najbardziej niedocenionych kompozytorów w Hollywood. Jego melodie w niesamowity sposób zgrywają się z obrazem i wprowadzają widza w nostalgiczny, pełen zadumy nastrój. American Beauty" to wręcz flagowy przykład klasy tego artysty.

15. Rydwany ognia (1981, muz. Vangelis)


Gdyby nie ta legendarna scena i jeszcze bardziej legendarny motyw muzyczny, o filmie Hugh Hudsona nikt by nawet nie pamiętał. Sama produkcja jest przeciętna i mocno przereklamowana, niemniej to, co zrobił Vangelis, komponując muzykę, to prawdziwe arcydzieło.

14. Titanic (1997, muz. James Horner)


Niech rzuci kamieniem ten, kto nie płakał na Titanicu"! Słysząc tę piękną melodię, stworzoną przez zmarłego w ubiegłym roku Jamesa Hornera, od razu przed oczami stają wzruszające sceny z tego niezwykłego i stworzonego z ogromnym rozmachem katastroficznego melodramatu. A jak doda się jeszcze Celine Dion, śpiewającą „My Heart Will Go On"...

13. Seria Piraci z Karaibów (od 2003, muz. Klaus Badelt, Hans Zimmer)

Długo zastanawiałem się, czy muzyka z „Piratów", w dodatku stworzona częściowo przez Klausa Badelta, a częściowo przez Hansa Zimmera, zasługuje na tak wysokie miejsce wśród najlepszych kompozycji w historii kina, zwłaszcza iż same filmy z każdą kolejną częścią są coraz gorsze. Stwierdziłem jednak, że nie ma chyba innej melodii na świecie, która tak bardzo pasowałaby do motywów morskich i pirackich. Ahoj!

12. Szczęki (1975, muz. John Williams)


Pierwsze i nie ostatnie spotkanie z Johnem Williamsem. Jeden z najbardziej złowieszczych motywów w historii kina, który jak ulał pasuje do sceny ataku morderczego rekina. A pomyśleć, że reżyser Szczęk", Steven Spielberg, myśląc nad kształtem muzyki w swoim filmie, jedynie poprosił Williamsa, żeby po prostu zagrał coś, co kojarzy mu się z mrokiem i skradaniem"...

11. Requiem dla snu (2000, muz. Clint Mansell)


Główny temat muzyczny jest równie wstrząsający, co fabuła filmu. Od początku do końca obejmuje twardym uściskiem, dusi, a gdy już puszcza... zostaje w głowie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Coś niesamowitego.

10. Dobry, zły i brzydki (1966, muz. Ennio Morricone)


Ennio Morricone to prawdziwa legenda wśród kompozytorów i nie ma co się temu dziwić, gdy posłucha się chociażby The Ecstasy of Gold" ze słynnego spaghetti westernu „Dobry, zły i brzydki" w reżyserii Sergio Leone. Za samą rekomendację wystarczy fakt, iż słynny metalowy zespół Metallica od wielu lat na swoich  koncertach zawsze puszcza ten motyw przed wejściem na scenę.

9. Park Jurajski (1993, muz. John Williams)


John Williams po raz drugi. Nieśmiertelna muzyka z nieśmiertelnego filmu. Widok poruszającego się brachiozaura w rytm przepięknego motywu przewodniego po dziś dzień zapiera dech w piersiach i pozwala za każdym razem poczuć się jak dziecko.

8. Seria James Bond (od 1962, muz. Monty Norman, James Barry)


Chociaż nie jestem fanem większości filmów o agencie 007, to już muzykę, jaką skomponowali Monty Norman i James Barry, zalicza się do prawdziwej klasyki kina. Motyw przewodni to z kolei jeden z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów instrumentalnych w historii kinematografii.

7. Misja (1986, muz. Ennio Morricone)


Muzykę Ennio Morricone w tym filmie można określić tylko jednym słowem – piękna! Niesamowite jest to, jak ten kompozytor genialnie potrafi wyczuć klimat i przesłanie filmu, a dzięki melodiom, jakie tworzy, jeszcze bardziej podnosi wartość obrazu.

6. Braveheart (1995, muz. James Horner)


Nie „Titanic", a właśnie „Braveheart" Mela Gibsona stanowi szczytowe osiągnięcie Jamesa Hornera. Muzyka jest nie tylko piękna, ale i rewelacyjnie współgra z przesłaniem filmu oraz jego naczelnym słowem – „wolność". Słuchając motywu przewodniego naprawdę można poczuć się lekkim jak ptak.

5. Gladiator (2000, muz. Hans Zimmer)


Rzadko zdarza mi się przesłuchać ten motyw bez uronienia łzy. A jeszcze trudniej jest to zrobić w trakcie oglądania filmu. Hans Zimmer stworzył coś wspaniałego, cudownego i jedynego w swoim rodzaju. Brak Oscara w kategorii „najlepsza muzyka oryginalna" za rok 2000 to prawdziwy skandal!

4. Trylogia Ojciec Chrzestny (od 1972, muz. Nino Rota)


Kompozycja równie legendarna co sam film. Słysząc muzykę z „Ojca Chrzestnego", od razu widzę przed oczami eleganckich panów w garniturach, Sycylię, Amerykę lat 30-tych itp. Trzeba ogromnego talentu i niesamowitego zmysłu, aby tak pięknie połączyć obraz z dźwiękiem, jak zrobił to Nino Rota.

3. Seria Indiana Jones (od 1981, muz. John Williams)




Trzecie miejsce, trzy kompozycje i John Williams po raz trzeci. Słysząc główny motyw, użyty po raz pierwszy w „Poszukiwaczach zaginionej Arki", nie sposób się nie uśmiechnąć. To prosta, wpadająca w ucho melodia, od razu przywodząca na myśl przygodę i nieodgadnione tajemnice tego świata. Jednak „Indiana Jones" to nie tylko wesoły pan w kapeluszu. To także mnóstwo przeciwności, ogrom ryzyka i stawanie oczy w oczy z najgorszymi ludźmi na ziemi. Słychać to także w niesamowitych kompozycjach Williamsa.

2. Trylogia Władca Pierścieni (od 2001, muz. Howard Shore)


Muzyka z trylogii „Władcy Pierścieni" jest tak genialna, że publikowanie zaledwie trzech kompozycji to ledwie źdźbło w ogromnym trawniku, że tak to obrazowo ujmę, wspaniałych melodii, jakie stworzył Howard Shore. We wpisie sprzed tygodnia poczyniłem już uwagę, jak rewelacyjnie stworzonym światem okazało się filmowe Śródziemie. Motywy muzyczne miały w tym wielki, a wręcz kluczowy udział. Serdecznie polecam zapoznać się z całym score z trylogii Petera Jacksona - można się zatracić!

1. Seria Gwiezdne Wojny (od 1977, muz. John Williams)

 


Czy mogło być inaczej? Ukochana muzyka z ukochanej serii filmów stworzona przez najlepszego kompozytora w dziejach Hollywood. Do dziś pierwsze takty „Marszu imperialnego" powodują, że przez całe moje ciało przechodzą dreszcze, a na dźwięk motywu głównego od razu podrywam się i przebudzam. 

Mam nadzieję, że ta krótka podróż przez najpiękniejsze kompozycje w historii kina była dla Was przyjemnością. Ze swojej strony mogę zapewnić, że tematyka muzyki w filmie na pewno jeszcze nieraz na moim blogu się pojawi.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk