Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 czerwca 2018

Russia 2018 World Cup




I znów się zaczyna... miesiąc pełen małżeńskich kłótni, przyjacielskich i biznesowych zakładów, energicznych rozmów do późnego wieczora. Test dla wszystkich dekoderów i telewizyjnych odbiorników, szlaban na "M jak Miłość" czy "Barwy Szczęścia", ofensywa niezdrowych przekąsek i napojów w każdym domu. Amnestia na małe grzeszki typu powrót do domu po północy, czy jedno piwko więcej z kolegami. Dominacja koloru zielonego, a u nas (oby jak najdłużej) białego i czerwonego. Ta-daaam! XXI Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej czas zacząć!
Kiedy przed ośmioma laty za jednym zamachem wybrano gospodarzy mundialu na rok 2018 i 2022, nie obyło się bez kontrowersji – ba, rezultat uznano za perfidny przejaw korupcji i kolesiostwa na najwyższym szczeblu organizacyjnym FIFA. Sternikom światowego futbolu nie po raz pierwszy zarzucano sprzedajność i służalczość względem petrodolarów i rubli pompowanych przez Gazprom. Rosja 2018 i Katar 2022 – na pewno nie brzmiało to tak dobrze jak Niemcy 2006 czy Brazylia 2014. Nawet niespecjalnie obeznany widz raczej nie postawi znaku równości pomiędzy piłką nożną, a definicją sportu narodowego w maleńkim Katarze. Nie o tym jednak chcę tu dziś pisać – jak wszyscy wiemy, protesty i zażalenia zdały się na nic, dzięki czemu już za chwilę po raz kolejny będziemy świadkami zmagań 32 drużyn, walczących między sobą o zdobycie najbardziej pożądanego trofeum w historii piłki nożnej.
Jeszcze w ubiegłej dekadzie, przed taką imprezą, faworytów można było wskazać dość łatwo – czołówka światowego futbolu ograniczała się do raptem kilku drużyn, triumfatorem okazywała się ostatecznie reprezentacja rzeczywiście w danym okresie najlepsza, a w przeciwieństwie do np. Euro 2004, mundial nie zwykł obfitować w niespodzianki. Warto też dodać, że jedynie Hiszpania w roku 2010 triumfowała w swojej historii po raz pierwszy. Dla Brazylii w 2002 r. było to zwycięstwo numer pięć, a dla Włochów w 2006 (i Niemców w 2014), tytuł numer cztery. Samo grono triumfatorów MŚ do dziś jest zresztą bardzo doborowe, ogranicza się bowiem zaledwie do ośmiu zespołów. To tylko pokazuje, jak trudnym i niezwykle elitarnym turniejem są mistrzostwa świata w piłce nożnej.
Poniżej chciałbym przedstawić listę drużyn, które moim zdaniem będą liczyć się w walce o tytuł na rosyjskich boiskach. Celowo nie używam słowa "faworyci", gdyż w tym roku stawka wydaje się naprawdę wyrównana. Ja na pewno nie odważę się koronować kogokolwiek, nie ma zatem co przywiązywać się do kolejności zaproponowanej poniżej.


Brazylia – najbardziej utytułowana reprezentacja w historii (5 zwycięstw), nie bez powodu co cztery lata wymienia się ją w gronie głównych faworytów. Gospodarz poprzedniego mundialu, który zakończył się dla "Canarinhos" totalną kompromitacją – makabrycznym 1:7 z Niemcami w półfinale i niesmacznym 0:3 z Holandią w meczu o 3. miejsce. Wszystko wskazuje jednak na to, że teraz w drużynie dzieje się dobrze, a kibice mogą mieć powody do optymizmu – Brazylijczycy w świetnym stylu wygrali eliminacje w strefie południowoamerykańskiej, zespół jest budowany wokół młodszych i zwyczajnie lepszych zawodników, niż ci, którzy brali udział w pamiętnej klęsce sprzed czterech lat, a tacy gracze jak znakomity bramkarz Alisson, przebojowy Philippe Coutinho, młodziutki, ale już ukształtowany Gabriel Jesus, czy w końcu jeden z najsłynniejszych i najlepszych piłkarzy globu Neymar, dają nadzieję na osiągnięcie dobrego wyniku. Selekcjoner Tite też wygląda na człowieka, który wie co robi. Może być ciekawie.


Niemcy – obrońcy tytułu, zadaniowcy, typowa drużyna turniejowa. Bez wielkich gwiazd w składzie, ale niezwykle zgrana i znakomicie ułożona. W eliminacjach nie straciła ani jednego punktu, w ostatnich spotkaniach towarzyskich grała co prawda przeciętnie, ale dla niej to akurat dość typowe, gdy zbliża się wielka impreza. Niemcy na mundialach czują się jak ryby w wodzie – do tej pory po cztery razy zdobywali złoto, srebro i brąz – nikt nie stawał na podium tyle razy co oni. Osobiście uważam, że o obronę tytułu będzie im bardzo ciężko, gdyż Oezil to już nie ten zawodnik, co cztery lata temu, Neuer dopiero co wrócił po bardzo długiej przerwie spowodowanej poważną kontuzją, a Mueller od dobrych dwóch lat gra totalny piach. Zdecydowanie brakuje też generałów z prawdziwego zdarzenia, takich jak Lahm czy Schweinsteiger, którym w szatni nikt nie podskoczył i nie pozwolił sobie na gwiazdorzenie niczym sensacyjnie niepowołany Leroy Sane. Największą gwiazdą drużyny wydaje się Toni Kroos, najlepszy chyba obecnie rozgrywający na świecie, pytanie jednak czy on jeden w tak dobrej formie wystarczy. Ten turniej będzie też chrztem bojowym dla dwóch graczy – Marco Reus (chyba) nareszcie zagra na wielkiej imprezie, przez co ma bardzo dużo do udowodnienia, natomiast młodziutki Timo Werner, w którym wszyscy chcą widzieć następcę Miroslava Klose, będzie musiał udowodnić, że zasługuje na przywdziewanie koszulki z numerem "9".

Włochy – czterokrotni mistrzowie świata, faworyci wielu... a nie, wróć, przecież oni na ten mundial nawet się nie zakwalifikowali!


Hiszpania – nie, nie lubię tej drużyny. Tak, będę kibicował, żeby odpadła jak najwcześniej. Jednak w tym elitarnym gronie umieścić ją muszę, w składzie ma po prostu za dużo znakomitych zawodników. Powtórka z zeszłorocznego mundialu jest w zasadzie niemożliwa, z takimi przeciwnikami w grupie, już teraz może szykować się na 1/8 finału – o ile z Portugalią szykuje się wyrównany i ciekawy mecz, to już takie Maroko czy Iran ograłaby reprezentacja U-17. W składzie "La Roja" znaleźli się starzy i chyba już nieco wypaleni znajomi, czyli Pique, Ramos, Busquets, Iniesta i David Silva, mnóstwo tu jednak też piłkarzy głodnych sukcesów, którzy pojawili się w reprezentacji już po wielkich latach 2008-2012 – mowa tu m.in. o genialnym bramkarzu Manchesteru United Davidzie De Gei, asach Atletico Madryt w postaci Koke i Saula, czy przedstawicielach Realu – Isco, Marco Asensio i Lucasie Vasquezie. To może być naprawdę wybuchowa mieszanka, zdolna do osiągnięcia bardzo dobrego wyniku.

Francja – zastanawiam się, czy na papierze nie jest to najsilniejszy zespół na tych mistrzostwach. Sama ofensywa, w której występują Griezmann, Lemar, Giroud, Mbappe, Dembele czy Fekir wygląda jak jakieś piłkarskie Avengers. Samo za siebie mówi też to, że w kadrze zabrakło miejsca dla takich piłkarzy, jak Martial czy Coman, że już nie wspomnę o od dawna niepowoływanych Benzemie czy Riberym. A jest tu jeszcze przecież Pogba, Matuidi, Kante, Tolisso, świetny blok defensywny, bardzo pewny bramkarz Lloris... zwycięstwo na Euro 2016 było o krok, jednak mocniejsza okazała się Portugalia. Teraz o triumf będzie jeszcze ciężej, jednak z takim składem i całkiem inteligentnym selekcjonerem, jakim jest Didier Deschamps, najtrudniejszymi przeciwnikami "Tricolores" mogą okazać się... oni sami.


Belgia – najzdolniejsza generacja w historii belgijskiego futbolu dawno już dorosła i każdy inny wynik niż medal zostanie odebrany w kraju jako porażka. W sumie nie powinno to dziwić – jeżeli w składzie znajdują się takie asy jak Courtouis, Verthongen, Kompany, Mertens, de Bruyne, E. Hazard czy Lukaku, oczekiwania muszą być wysokie. Dwa ostatnie turnieje zakończyły się dla Belgii już w ćwierćfinale – w Brazylii lepsza okazała się Argentyna, a na Euro we Francji dość niespodziewanie Walia. Niestety, w tym roku znów może być podobnie, gdyż zakładając najlepszy scenariusz, w ćwierćfinale rywalem "Czerwonych Diabłów" będą Brazylijczycy. A z nimi żartów nie będzie. Z drugiej strony – jak nie teraz, to kiedy? Ta drużyna może pokonać nawet "Canarinhos".


Holandia – żartowałem. Też się nie zakwalifikowali.


Argentyna – jedna z największych niewiadomych tego mundialu. Eliminacje były dla "Albicelestes" prawdziwą katorgą, do ostatniej kolejki nie było wiadomo, czy dwukrotnemu triumfatorowi MŚ i finaliście z 2014 r. uda się w ogóle do Rosji pojechać. Atmosfera zarówno w kraju, jak i drużynie też jest ciężka, decyzje selekcjonera Sampaoliego nieraz doprowadzały kibiców do furii, wielu zawodników nie znajduje się swojej optymalnej formie. Jednak gdy w drużynie ma się kogoś takiego jak Leo Messi, nigdy niczego nie można z góry przesądzić. Gwiazdor Barcelony nieraz już potrafił przejść obok meczu, by nagle odpalić z jakimś nieziemskim zagraniem i dać swojej drużynie zwycięstwo, mimo że wcześniej nic tego nie zwiastowało. A na samym Messim drużyna się nie kończy, w końcu taki Dybala, Higuain, Di Maria czy Aguero nie zaczęli grać w piłkę wczoraj i z niejednego pieca już chleb jedli.


Anglia – najdziwniejsza drużyna w historii piłki nożnej. Ojczyzna futbolu, to na jej ziemi rozgrywane są spotkania najbardziej widowiskowej ligi świata, która od lat dostarcza reprezentacji wielu rewelacyjnych piłkarzy... a mimo to jedynym jej sukcesem jest mistrzostwo świata w 1966 roku, zdobyte na własnym terenie po jednym z największych piłkarskich skandali, jakie widział świat. Poza tym brąz na Euro 68 i tyle. Poza edycją 66, Anglicy do półfinału mundialu dostali się tylko raz (!) – w 1990 roku. Dlatego też przy okazji jakiegokolwiek turnieju, stawianie Anglików w roli głównych faworytów rodzi zwykle falę wielu ironicznych i prześmiewczych komentarzy ze wszystkich stron. Ale jak tu zignorować zespół z takimi zawodnikami w składzie jak Harry Kane, Delle Ali czy Raheem Sterling? Podejrzewam, że nawet jeśli dojdą do tego ćwierćfinału (chociaż kto wie, czy wcześniej nie spotkają się z Polską, a tutaj może być różnie), to wszelkich złudzeń pozbawią ich Niemcy, ale z drugiej strony... może nadszedł właśnie ten czas, kiedy wyśmiewana od lat reprezentacja Anglii sprawi jakąś niespodziankę, w końcu grając bez presji jak na większości poprzednich turniejów?


Portugalia – aktualny, dość niespodziewany mistrz Europy. Drużyna grająca ostatnimi czasy mało widowiskowo, ale bardzo skutecznie. Świetne występy na turniejach przeplata fatalnymi – cztery lata temu w Brazylii nie wyszła nawet z grupy. Mając jednak w składzie takiego piłkarskiego dzika, jakim jest Cristiano Ronaldo, zawsze może mierzyć wysoko. Czegokolwiek by się o nim nie mówiło i nie słyszało, a ostatnimi tygodniami gwiazdor Realu nie ma zbyt dobrej prasy, jest to piłkarz, który potrafi odpalić w najmniej oczekiwanym momencie i z zera przemienić się w absolutnego bohatera. Dla zespołów, w których występuje, od zawsze jest bezcenny i nawet jeśli czasem nie wyjdą mu dwa spotkania, to w trzecim strzela hat-tricka i nikt już mu nie pamięta kiepskiej formy z wcześniejszych meczów. Dodajmy do tego będącego w świetnej formie Bernardo Silvę, zdolnego Adriena Silvę i znakomitego stratega, jakim jest selekcjoner Fernando Santos i nagle strefa medalowa przy dość korzystnej drabince wcale nie okazuje się taka odległa.


Chorwacja – osobiście uważam, że może to być czarny koń tego turnieju. Grupę ma bardzo wyrównaną, ale posiada też wiele argumentów, żeby wyjść z niej na pierwszym miejscu. Przy korzystnej drabince może dojść nawet do półfinału, a takim zawodnikom jak Luca Modrić, Ivan Rakitić, Mario Mandżukić, Ivan Perisić czy Mateo Kovacić z pewnością marzy się powtórka osiągnięcia ich starszych kolegów z mundialu we Francji sprzed dwudziestu lat. Oczywiście, równie dobrze z tej grupy mogą nie wyjść (co w ich przypadku nie byłoby niczym nowym), niemniej radzę zwrócić uwagę na tę drużynę, gdyż może na tym turnieju trochę namieszać.


Polska – na koniec oczywiście parę słów o naszych Biało-Czerwonych. Raczej mało kto postawi pieniądze na zwycięstwo naszej reprezentacji w Rosji, jednak wrodzony patriotyzm i sympatia do naszych "Orłów" każe spojrzeć na drużynę Nawałki łaskawym okiem i szukać w niej jak największej ilości pozytywów. Przede wszystkim – piłkarsko jesteśmy znacznie mocniejsi niż w 2002 i 2006 roku. Robert Lewandowski to światowa marka, zawodnik, który jest dla naszej reprezentacji bardziej wartościowy niż Messi dla Argentyny i C. Ronaldo dla Portugalii. Świeżo upieczony król strzelców Bundesligi, najlepszy strzelec eliminacji do mundialu, człowiek instytucja. Nieustannie powtarza, że to najważniejsza impreza w jego życiu, więc możemy mieć gwarancję, że na boisku będzie dawał z siebie 100 %. Łukasz Piszczek i Jakub Błaszczykowski zagrają swój pierwszy i prawdopodobnie ostatni mundial, więc o ich nastawienie też możemy być spokojni. Obojczyk Kamila Glika został wytworzony chyba na samym Olimpie, gdyż kontuzja, która miała wyeliminować naszego szefa defensywy na około 2 miesiące, jakimś cudem okazała się urazem, który nie eliminuje defensora Monaco z rosyjskich zmagań – na mecz z Japonią ma być gotowy. Przed Piotrem Zielińskim pojawia się idealna okazja na udowodnienie, że może stać się jednym z najlepszych rozgrywających Europy, a Grzegorzem Krychowiakiem, że wciąż umie grać w piłkę na najwyższym poziomie. O obsadę bramki też nie ma co się martwić, co więcej, mało która reprezentacja może pochwalić się takim bogactwem na tej pozycji. Za nami też bardzo cenne doświadczenie z Euro 2016, gdzie odpadliśmy bardzo pechowo, przegrywając dopiero po rzutach karnych z późniejszym triumfatorem całego turnieju, Portugalią, gdzie pokazaliśmy hart ducha, wolę walki i bardzo dobrą motywację. Selekcjoner Adam Nawałka od dawna udowadnia, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, a jego prezencja, wiedza i podejście do piłkarzy zostawia daleko z tyłu jego poprzedników, którzy na jego tle wypadają wręcz karykaturalnie (zwłaszcza pewien Pan, który nie potrafił wyjść z banalnej grupy na Euro). Oczywiście, że łatwo nie będzie – nasza grupa jest bardzo wyrównana, zarówno Senegal, Kolumbia, jak i Japonia to drużyny bardzo nieobliczalne i jedyne co nam zostaje to nie kalkulować i grać w każdym meczu o pełną pulę. Zwłaszcza, że największą bolączką naszej reprezentacji są problemy z koncentracją, co nieraz było widać w meczach eliminacyjnych czy ostatnich spotkaniach towarzyskich. Pierwsze dwa spotkania zagramy w dodatku bez Kamila Glika, a bez niego w defensywie, delikatnie mówiąc, nie jest zbyt dobrze – pozostaje mieć nadzieję, że Pazdan znów wzniesie się na wyżyny swoich możliwości, a Bednarek pokaże, że nie bez powodu zaczął grać w Premier League. Jednakowoż schematu "mecz otwarcia – mecz o wszystko – mecz o honor" nie przyjmuję do wiadomości. Za długo czekałem na kolejny mundial z udziałem Polaków.


Mecz otwarcia już w ten czwartek – Rosja podejmuje Arabię Saudyjską, co rozpocznie istną lawinę piłkarskich emocji. Ja od dawna nie mogę się doczekać, a Wy?


Daniel Włodkowski, aka BZDUR STEJK

sobota, 12 listopada 2016

Jest dobrze!


Źródło: http://static.prsa.pl

Wczorajszy, czwarty już mecz eliminacji do mistrzostw świata w Rosji miał dać odpowiedź na kilka pytań: czy morale zawodników nie upadły w wyniku ostatniej afery alkoholowej? Czy selekcjoner Nawałka potrafi na nowo zebrać do kupy swoich podopiecznych i pomimo wielu przeciwności konsekwentnie iść do przodu? Czy Rumunia faktycznie jest najgroźniejszą drużyną w tej grupie? No i w końcu – czy czeka nas kolejny mecz pełen nerwów? Myślę, że spotkanie w Bukareszcie dało nam doskonały obraz obecnej sytuacji w kadrze, a my z nadzieją możemy patrzeć w następny rok. Ale po kolei:

1. O alkoholowych libacjach części naszej drużyny na poprzednim zgrupowaniu napisano w zasadzie wszystko; sam zresztą stworzyłem dość obszerną notkę na temat zasad, jakimi powinien kierować się piłkarz, kiedy reprezentuje nasz kraj na arenie międzynarodowej. Jak wiemy, selekcjoner Nawałka wraz z prezesem PZPN Zbigniewem Bońkiem stanowczo zapowiadali, że z balangowiczami się rozprawią i żadnej taryfy ulgowej nie będzie. Wielu chciało, aby poleciały głowy, a nazwiska imprezowiczów zostały oficjalnie podane do publicznej wiadomości, a tymczasem, jak widać, sprawa została rozwiązana polubownie i wyłącznie na szczeblu wewnętrznym. Możemy domyślać się jedynie sankcji, jakie zaaplikowano tym najbardziej zabawowym kadrowiczom (prawdopodobnie skończyło się na wysokich karach finansowych i naganach), trzeba jednak przyznać, że Adam Nawałka po raz kolejny udowodnił, że jest wysokiej klasy dżentelmenem, a publiczne pranie brudów nie leży w jego naturze. Nie dość, że nikogo oficjalnie nie potępił, to jeszcze dał drugą szansę tym, o których plotkowało się najwięcej w kontekście niewylewania za kołnierz, a ci nie dość, że zagrali tym razem znacznie lepiej, to w dodatku zasłużyli na wyróżnienie za naprawdę świetne zawody.

2. W nawiązaniu do opisanych powyżej problemów oraz poważnej kontuzji Arkadiusza Milika, wykluczającej snajpera Napoli przynajmniej do marcowych spotkań eliminacyjnych, wielu zadawało sobie pytanie jak będzie wyglądać nasza gra z przodu. Wielką bolączką gry naszej kadry w przeszłości była bowiem ogromna dziura, jaka tworzyła się między drugą linią a osamotnionym na szpicy Lewandowskim, który niejednokrotnie w przypływie frustracji cofał się do środka pola i sam próbował rozgrywać, nie mając przy tym godnego partnera do gry. Na pierwszy rzut oka zestawienie drugiej linii również nie napawało zbyt wielkim optymizmem – Krychowiak zupełnie wypadł z rytmu meczowego, Linetty to zawodnik o tyle zdolny, co wciąż niedoświadczony, Zieliński dobre mecze przeplata fatalnymi, a Grosicki i Błaszczykowski, choć zwykle gwarantują solidną grę na skrzydłach, to skuteczne odcięcie ich od podań do Lewandowskiego praktycznie niweluje naszą siłę ofensywną. A Rumuni to przecież solidna drużyna, co częściowo pokazali na Euro zwłaszcza w meczu otwarcia z Francją. Nawałka miał więc spory ból głowy, jednak w końcu przypomniał chyba sobie, jak wielki potencjał drzemie w drużynie, która przecież całkiem niedawno dopiero po rzutach karnych przegrała na Euro z późniejszym mistrzem.

3. Od początku losowania Rumuni byli przedstawiani jako nasz największy rywal do walki o pierwsze miejsce w grupie. Jako jedyni, oprócz nas, występowali na mistrzostwach Europy we Francji (gdzie jednak osiągnęli znacznie gorszy wyniki niż Biało-Czerwoni), w swoich szeregach mają zawodników grających w klubach ligi włoskiej i hiszpańskiej, a ich selekcjonerem jest od niedawna doświadczony niemiecki trener, Christoph Daum. Chociaż do wczorajszego spotkania zgromadzili zaledwie pięć punktów, mecz u siebie z największym rywalem w grupie miał być tym przełomowym. Życie jednak w brutalny sposób zweryfikowało marzenia Rumunów o osiągnięciu korzystnego rezultatu, a wszelkie obawy z naszej strony okazały się bezzasadne, chociaż nie obyło się bez nerwów, tym razem jednak mających swoje źródło głównie poza boiskiem.

4. Zarówno piłkarze rumuńscy, jak i ich kibice (a w zasadzie kibole), zostali chyba oszołomieni różnicą klas, jaka dzieliła obie drużyny od samego początku spotkania. Polacy spokojnie i bardzo pewnie konstruowali swoje akcje, podczas gdy zawodnicy w żółtych strojach wyraźnie postawili sobie za cel polowanie na kości naszych reprezentantów. Po tym, jak Grosicki niczym Maradona wywiódł w pole wespół z asekurującym go Lewandowskim pięciu obrońców drużyny przeciwnej i mocnym, efektownym strzałem otworzył wynik tego spotkania, wśród zawodników i kibiców rumuńskich dało się odczuć dużą frustrację. Na trybunach co chwilę słychać było odgłosy wybuchających petard, na boisku lądowały race, a gospodarze nie mogli pogodzić się ze swoją bezradnością, gdy raz po raz ich akcje w kapitalny sposób przerywali Piszczek i spółka. Prawemu obrońcy Borussii Dortmund za to spotkanie należy się szczególne wyróżnienie, gdyż dawno nie widziałem meczu, w którym ktoś tak skutecznie wybił grę z głowy swojemu rywalowi. Lewoskrzydłowy reprezentacji Rumunii i Anderlechtu Bruksela, niejaki Alexandru o wdzięcznym nazwisku Chipciu, wyglądał przy naszym asie jak mały, bezradny hipopotamek. Piszczek nie tylko mijał go z dziecięcą łatwością, dzięki czemu co rusz inicjował akcje ofensywne, ale kilkakrotnie w sposób absolutnie światowy powstrzymał groźne ataki swojego rywala, genialnie go blokując, czy nawet wymuszając faule ofensywne.

Źródło: s3.party.pl

Wielka szkoda, że zarówno zawodnicy rumuńscy, jak i ich kibole nie potrafili uszanować klasy naszej drużyny. Kopiącego i depczącego Lewandowskiego Andone jeszcze można by przecierpieć, jednak sytuacja, w której metr od naszego kapitana wybuchła rzucona z trybun petarda, to ogromny, niewybaczalny wręcz skandal na skalę międzynarodową. Tego typu bandytyzm musi być surowo karany, a delikwentowi który takim czynem się "popisał", dożywotnio powinno się odebrać możliwość wstępu na jakiekolwiek imprezy masowe. Miejmy też nadzieję, że UEFA podejdzie do sprawy poważnie, a federacja rumuńska będzie musiała liczyć się ze srogimi konsekwencjami. Dzięki Bogu, że naszej gwieździe nic się nie stało, jednak przez te dwie-trzy minuty milionom kibiców w Polsce musiało szybciej bić serce.
Okazało się, że był to przełomowy moment spotkania. W naszych kadrowiczów wstąpiła sportowa złość, ataki na bramkę Tătărușanu znów się nasiliły, a wprowadzenie w końcówce nabuzowanego Teodorczyka było kolejnym strzałem w dziesiątkę naszego selekcjonera. Snajper Anderlechtu pokazał, że afera alkoholowa w żaden sposób nie wpłynęła na jego dyspozycję, co udowodnił już trzy minuty po wejściu, zaliczając asystę przy pięknym trafieniu Lewandowskiego. Nasz kapitan w najlepszy możliwy sposób odpłacił się więc rumuńskim bandytom, a co więcej, w końcówce spotkania został sfaulowany w polu karnym (znów podawał mu Teodorczyk!), po czym wykonał "jedenastkę" w najlepszy możliwy sposób.
3:0 na boisku najgroźniejszego rywala to doskonały wynik, a nas mogą dodatkowo cieszyć dwie ważne rzeczy: po pierwsze – w końcu udało się utrzymać prowadzenie przy jednoczesnym odparciu ataków rywali i jeszcze ten wynik w końcówce poprawić, a po drugie – przez całe spotkanie piłkarze konsekwentnie realizowali plan selekcjonera i ani przez chwilę nie dali po sobie poznać, że stracili panowanie nad sytuacją. Świetnie spisała się nasza defensywa – widać, że Glik i Pazdan bardzo dobrze się rozumieją, a ich pewność wzrasta, gdy mogą wspólnie tworzyć parę stoperów. Piszczek to absolutna klasa światowa, a Jędrzejczyk pod okiem Nawałki gra coraz lepiej i powoli staje się lewym obrońcą pełną gębą. Fabiański za dużo się nie napracował, ale zawsze był tam, gdzie być powinien. Środek pola również udźwignął presję, chociaż w jego stronę kieruję najwięcej zastrzeżeń, a zwłaszcza do jednej z naszych największych gwiazd – Grzegorza Krychowiaka. Myślę, że przez te trzy-cztery miesiące siedzenia na ławce PSG, na konto naszej "dziesiątki" wpłynęło odpowiednio dużo pieniędzy, dzięki czemu zimą będzie mógł szukać nowego klubu, chociażby na półroczne wypożyczenie. Wczoraj jak na dłoni było widać, że Krycha ewidentnie wypadł z rytmu meczowego, jego decyzje były spóźnione, ruchy powolne, a współpraca z resztą drużyny zupełnie nie przypominała tej z mistrzostw Europy. Apeluję więc do jego agenta, aby jak najszybciej znalazł nowego pracodawcę Krychowiakowi, który w końcu do PSG przychodził jako jeden z najlepszych defensywnych pomocników w Europie. Linetty to chłopak wciąż młody, widać, że momentami zżera go presja, jednak potencjał, jaki w nim drzemie, jest ogromny; dobrze się stało, że pojawił się w okresie, gdy w odmętach trybun Leicester przepadł nam Bartosz Kapustka. Zieliński dał wczoraj bardzo solidny występ, chociaż i on pokazał już, że potrafi więcej. Błaszczykowski jak zwykle nie zszedł poniżej swojego poziomu, a Grosickiego śmiało można określić jako jednego z bohaterów meczu.
Jak zwykle muszę poświęcić parę osobnych słów naszemu kapitanowi. Robert Lewandowski po raz już-nie-wiem-który pokazał, jak niesamowitym jest zawodnikiem, a w naszej kadrze wręcz kosmitą. Niech za samą rekomendację wystarczy fakt, że rywale nie potrafili go powstrzymać inaczej niż chamskimi faulami, a rumuńscy kibole postanowili zorganizować na niego zamach. Po wczorajszych dwóch trafieniach ma już na koncie siedem goli w tych eliminacjach i, jak widać, znów zgłasza aspiracje do odebrania korony króla strzelców tej fazy mistrzostw. Warto też wspomnieć, że w tym momencie z czterdziestoma dwoma golami plasuje się na trzecim miejscu wszech czasów, jeśli chodzi o klasyfikację strzelców w naszej reprezentacji, a do dogonienia jej lidera, Włodzimierza Lubańskiego, brakuje mu zaledwie sześciu bramek. 

Źródło: www.dzennikbaltycki.pl

Po październikowej rundzie w szeregach naszej reprezentacji pojawiło się sporo wątpliwości, niepewności i strachu, czy aby na pewno jesteśmy w stanie udźwignąć presję i po dwunastu latach przerwy awansować na mundial. Chociaż do końca eliminacji długa droga, to znów mogliśmy się przekonać, że potencjał w naszej drużynie jest ogromny, a świetny wynik na Euro nie był przypadkiem. Jeżeli do końca fazy grupowej będziemy grać z takim zaangażowaniem, pewnością i wiarą, jak we wczorajszym spotkaniu z Rumunią, to o awans możemy być spokojni. Zatem do boju Panowie i do zobaczenia w marcu!

Pozdrawiam,
Daniel Wu. AKA Bzdur Stejk

piątek, 21 października 2016

Jestem reprezentantem?


Źródło: www.sportowefakty.pl

Chociaż od ostatnich meczów eliminacyjnych naszej kadry minęły już prawie dwa tygodnie, wciąż nie milkną echa licznych wydarzeń, które przewinęły się przez te kilka dni zgrupowania. Z jednej strony po trzech spotkaniach mamy na koncie siedem punktów i w grupie ustępujemy jedynie Czarnogórze, która zgromadziła tyle samo oczek co Biało-Czerwoni, a prowadzi tylko dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu. Co więcej, w rankingu FIFA awansowaliśmy na rekordowe piętnaste miejsce, a tak wysoko jeszcze nigdy wcześniej nie byliśmy. Na papierze wygląda to pięknie. Niestety, kto oglądał zmagania Polaków, ten wie, że zarówno z Danią, jak i (zwłaszcza) z Armenią, nasi piłkarze zaprezentowali się przeciętnie, a gdyby nie fura szczęścia i geniusz Roberta Lewandowskiego, zamiast sześciu punktów, równie dobrze moglibyśmy nie zdobyć ani jednego. Dużo wskazuje też na to, iż kiepska forma niektórych zawodników ma swoje przyczyny poza boiskiem, gdyż obecnie najwięcej mówi się o domniemanej aferze alkoholowej, w której mieli uczestniczyć niektórzy kadrowicze. Chociaż z pewnością sporo w tym plotek i niedomówień, ewidentnie jest coś na rzeczy, zwłaszcza gdy czyta się wypowiedzi selekcjonera Nawałki i prezesa Bońka.

Adam Nawałka, selekcjoner z klasą. Źródło: www.pinterest.com
Zgodnie z definicją zawartą w słowniku języka polskiego, reprezentacja to inaczej „grupa osób występująca w czyimś imieniu", a także „grupa zawodników reprezentująca w zawodach barwy swojego kraju, klubu lub miasta". Ciekawie wygląda jednak zestaw synonimów tego słowa. Możemy tam znaleźć między innymi takie hasła, jak: „przedstawicielstwo", „delegacja”, „okazałość”, „wystawność”, czy nawet „elegancja” i „splendor”. No właśnie, ilekroć mówi się o reprezentowaniu przez kogoś danej grupy ludzi, w domyśle pojawia się osoba najlepsza w swoim fachu, która nie tylko potwierdzi własną klasę, ale i przedstawi w jak najlepszym świetle środowisko, z którego się wywodzi. Selekcjoner drużyny narodowej zawsze stara się, aby powołania wędrowały do zawodników najlepszych na swoich pozycjach, czyli takich, którzy nie tylko nie przyniosą wstydu na cały świat, ale z dumą będą walczyć o jak najwyższe uznanie dla swojego narodu. Szkoda tylko, że niektórzy zapominają, że reprezentując kraj, robią to nie tylko na boisku, ale przez cały okres zgrupowania. Także na treningach, w hotelach i w czasie wolnym.
Rozumiem, że w ostatnich latach w reprezentacji panuje dobra atmosfera i sporo zawodników to prywatnie dobrzy znajomi. Rozumiem, że jeżeli dwoje przyjaciół nie widziało się przez dłuższy czas, to naturalnym będzie dla nich wspólne uczczenie przerwania rozłąki. Rozumiem nawet to, że tacy panowie spotkają się na pogaduchach przy piwku i dobrym jedzeniu, w końcu alkohol jest dla ludzi, a kto ma trochę oleju w głowie, ten wie, na ile może i powinien sobie pozwolić. Zupełnie jednak nie rozumiem, a wręcz obrzydza mnie, gdy słyszę, że między meczami, tak ważnymi dla milionów kibiców w naszym kraju, co poniektórzy piłkarze nie potrafią powiedzieć sobie stop i najzwyczajniej w życiu się upijają. Obrzydza mnie, gdy słyszę, że jeden z nich wchodził na kolanach po schodach, drugi wymiotował na oczach recepcji hotelu, a trzeci zarwał noc i na pomeczową analizę spotkania z Danią trzeba było go dobudzać. Najbardziej jednak obrzydza mnie „tumiwisizm” i bezczelne wykorzystywanie dobrego (i niestety trochę naiwnego) serca selekcjonera. Osobiście uważam, iż Adam Nawałka jest najlepszym sternikiem kadry od czasów Antoniego Piechniczka – po pierwsze, osiągnął historyczny wynik (ćwierćfinał Euro 2016 i pechowa porażka po rzutach karnych z późniejszym mistrzem, Portugalią), a po drugie, jest człowiekiem z prawdziwą klasą. Nie tylko świetnie prezentuje się w trakcie spotkań i konferencji prasowych, ale żyje też w zgodzie z władzami PZPN, a dodatkowo ceni sobie zdanie kibiców i zawodników, co pozytywnie odróżnia go na przykład od takiego pana Smudy czy Janasa. Jakże bezczelnym jest więc żerowanie na jego opiekuńczej i wręcz ojcowskiej postawie względem zawodników, którym ufa i liczy na jak najlepsze występy ku chwale i zadowoleniu ojczyzny.

Łukasz Teodorczyk, źródło: http://i.iplsc.com

W kontekście reprezentacyjnej balangi, w mediach najczęściej przewijały się dwa nazwiska – Boruc i Teodorczyk. Sporo uwagi poświęcono także obecnemu dyrektorowi kadry i jednocześnie eks-reprezentantowi, Tomaszowi Iwanowi, odpowiedzialnemu za różnego rodzaju integracje w drużynie. Gdzieś też można było usłyszeć plotki o Gliku, a co poniektórzy liczyli na pojawienie się na liście nazwiska Sławomira Peszki, który przez swoje alkoholowe ekscesy z przeszłości stał się legendą jeszcze za życia; jednak tym razem najwyraźniej stronił od procentów, ewentualnie wypił swój „przydział” w sposób kulturalny. O ile podwójny recydywista Boruc już dawno nie jest wyborem numer jeden w bramce i jego pożegnanie z kadrą nie wpłynęłoby znacząco na poziom zespołu, o tyle postawa świetnie ostatnio dysponowanego w barwach Anderlechtu Bruksela Łukasza Teodorczyka budzi niepokój i niesmak. Oglądając spotkanie z Armenią, miałem wrażenie, że zamiast lidera klasyfikacji strzelców ligi belgijskiej, w trykot z numerem 14 przyodział się jakiś podstawiony i zupełnie niedoświadczony junior. Przy praktycznie każdej akcji był spóźniony, nie potrafił poprawnie obliczyć toru lotu piłki, a irytacja jego partnera z ataku, Roberta Lewandowskiego, z każdą minutą tylko się pogłębiała. Absencja kontuzjowanego Arkadiusza Milika była wyraźna aż nadto, a zejście Teodorczyka z boiska przyniosło ulgę wielu oglądającym. Wyrażam zatem nadzieję, że pogłoski o zachowaniu Glika są nieprawdziwe, gdyż w formie jest to jeden z najlepszych stoperów w Europie; niestety w meczach z Danią i Armenią naprawdę sprawiał wrażenie, jakby był nieco „wczorajszy”.
Adam Nawałka i Zbigniew Boniek twardo deklarują, iż balangowiczom nie popuszczą, a dobro zespołu stawiają ponad indywidualności. Możemy oczywiście cieszyć się, że u nas, w przeciwieństwie na przykład do takiej reprezentacji Anglii, największe gwiazdy to także najwięksi profesjonaliści. Lewandowski, Błaszczykowski, Piszczek czy Fabiański to na tyle inteligentni i doświadczeni piłkarze, że doskonale wiedzą, ile kosztowałaby ich jedna głupia decyzja, przez którą mogliby przekreślić lata ciężkiej pracy i wyrzeczeń, aby dojść do tak wysokiego poziomu. Szkoda tylko, że nie wszyscy potrafią zaprezentować klasę i zaprzepaszczają wielką szansę, którą dało im życie. Wśród zawodowych piłkarzy często można znaleźć ludzi, którzy wywodzą się z trudnych środowisk, a piłka nożna okazała się dla nich jedyną drogą ku lepszej egzystencji. Niektórzy, pod okiem mądrych trenerów i psychologów, osiągają szczyt i chcą na nim pozostać jak najdłużej, co jednak wiąże się z brakiem jakichkolwiek kompromisów; inni niestety zadowalają się transferem do przeciętnego klubu za granicę, a wraz z pojawieniem się obiecujących sum na koncie, tracą swoje ambicje i nie zależy im już na dalszym rozwoju.

Jakub Błaszczykowski i Robert Lewandowski, źródło: http://jastrzabpost.pl

Ktoś mógłby powiedzieć, że picie alkoholu to nic zdrożnego, a piłkarze to dorośli ludzie, którzy przecież odpowiadają za swoje czyny. Jeżeli jednak reprezentacja kojarzy nam się ze słowami, które przytoczyłem na początku wpisu, każdego zawodnika wysłanego na boje z innymi nacjami powinien obowiązywać swego rodzaju protokół dyplomatyczny. W końcu wolelibyśmy chyba, żeby nasz naród był rozpoznawalny w sportowym świecie dzięki swojej waleczności, nieustępliwości i klasy na boisku (oraz poza nim!), a nie z zakrapianych do rana imprez, po których zawodnicy nie mogą dojść do siebie nawet w trakcie meczu. Z całego serca życzę także naszej drużynie, aby jak najwięcej członków zespołu wzorowało się na Lewandowskim czy selekcjonerze Nawałce, a zdobycze punktowe odzwierciedlały wydarzenia na boisku i nie były tylko wynikiem niebywałego szczęścia. Następny i niezwykle ważny test już 11 listopada w Bukareszcie!

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

niedziela, 9 października 2016

Biało-czerwone klątwy

Robert Lewandowski, źródło: http://gfx.radiozet.pl

Miniony weekend upłynął pod znakiem eliminacji do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, zatem dziś zmieniamy temat i przenosimy się na boisko! Jak większość z nas wie, polska reprezentacja po raz kolejny zafundowała nam niezły thriller, tracąc w meczu z Danią 2 bramki na własne życzenie, pomimo pewnego prowadzenia 3:0 po 47 minutach spotkania. Bogu niech będą dzięki za talent Roberta Lewandowskiego, który jest dla tego zespołu bardziej wartościowy niż chyba sam Cristiano Ronaldo dla swojej reprezentacji, i nikt mi nie wmówi, że zakładając biało-czerwony trykot, mniej się stara. Nie zliczę sytuacji, w których nasz as wykonywał zadania przyporządkowane pozostałym kolegom z drużyny, a mimo tego i tak potrafił aż trzykrotnie pokonać Kaspera Schmeichela.
Przed nami jeszcze mecz z Armenią, więc póki co wstrzymam się od osądów na temat szans polskich piłkarzy w tych eliminacjach, niemniej jeśli (nie daj Boże) coś poszłoby nie tak, grozi nam mała powtórka z tak zwanej "klątwy Bońka". Tego na pewno byśmy nie chcieli, zwłaszcza, że jeszcze 3 miesiące temu wszyscy zobaczyli, jak niesamowity potencjał ma nasza obecna kadra. Zaraz, zaraz, jaka klątwa Bońka? O co tu właściwie chodzi? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się w czasie o dokładnie 30 lat.

Oficjalne logo Mistrzostw Świata w 1986 r., źródło: www.polski-sport.pl
 
Na meksykański mundial w 1986 roku (mistrzostwa miały odbyć się pierwotnie w Kolumbii, jednak pogrążony w chaosie kraj wycofał się z organizacji w ostatniej chwili), Polacy pojechali nie tylko jako brązowi medaliści poprzednich mistrzostw, ale także jako zwycięzcy grupy eliminacyjnej – na pokonanym polu pozostawiliśmy Albanię i Grecję, krwi napsuła nam jedynie nieco Belgia, w której występowało wówczas sporo szanowanych w Europie piłkarzy, jednak awansu nikt nam nie odebrał. Mieszane uczucie wśród kibiców wywołał za to zestaw naszych przeciwników już w fazie grupowej mundialu – los przydzielił nam dość egzotyczne dla przeciętnego kibica Maroko, zawsze groźną Portugalię i jak zwykle znajdującą się w gronie faworytów Anglię. Jednak to my mieliśmy coś udowodnić, w końcu byliśmy wciąż aktualną trzecią drużyną świata.
Bardzo złym omenem okazał się mecz numer jeden. W nieludzkiej wręcz temperaturze na stadionie w Monterrey, Polacy bezbramkowo zremisowali z reprezentacją kraju, który większości kojarzył się głównie z tytułem słynnego melodramatu z Humphrey'em Bogartem i Ingrid Bergman w rolach głównych. Marokańscy zawodnicy nie mieli nic do stracenia i ambitną grą pozbawili naszych piłkarzy ich największych atutów. Nastroje poprawił nieco kibicom mecz z Portugalią. Biało-czerwoni ponownie walczyli nie tylko z przeciwnikiem, ale i temperaturą, jednak tym razem udało się strzelić jedną bramkę, a jej autorem był Włodzimierz Smolarek. 1:0 przybliżyło nas do awansu, a bardzo słaba dyspozycja reprezentacji Anglii (0:0 z Maroko i 0:1 z Portugalią) miała nam w nim tylko pomóc. Rzeczywistość okazała się jednak bardzo brutalna. Gary Lineker w zaledwie 25 minut pokazał polskiej kadrze miejsce w szeregu, aż trzykrotnie znajdując drogę do bramki. Polacy nie mieli w tym spotkaniu żadnych atutów, a perspektywa awansu nagle niespodziewanie bardzo się oddaliła. Na szczęście dla nas, wyniki w innych grupach ułożyły się w sposób promujący Biało-czerwonych awansem z trzeciego miejsca. Co ciekawe, najlepszą drużyną w naszym gronie okazało się Maroko, po sensacyjnym zwycięstwie nad Portugalią.
Niestety, narodowe nastroje ponownie popsuły się po tym, gdy wyłonił się nasz rywal w 1/8 finału. Chociaż z reprezentacją Brazylii do tej pory toczyliśmy raczej wyrównane boje, postawa drużyny w meczu z Anglią i świetna forma "Canarinhos" w fazie grupowej kazały oczekiwać najgorszego. Rzeczywistość potwierdziła te obawy, a wręcz je przebiła. Na stadionie w Guadalajarze, przy asyście okrutnego wręcz upału, Polacy, pomimo dość obiecującego początku, wyglądali przy Brazylijczykach jak drużyna juniorów. Niestety, słabe strony, które wyszły na jaw w meczu z Anglią, przez Socratesa i spółkę zostały tylko uwypuklone, a spotkanie zakończyło się haniebnym wynikiem 0:4.

Zbigniew Boniek, źródło: www.sportano.net

Ten mecz sprawił, iż wylecieliśmy z mundialu z wielkim hukiem, a selekcjoner Antoni Piechniczek, któremu szybko zapomniano, jak wielki sukces osiągnął cztery lata wcześniej, podał się do dymisji. Cały naród najbardziej zabolały jednak słowa, które po spotkaniu wypowiedział najlepszy wówczas zawodnik naszej reprezentacji, Zbigniew Boniek: „Wszystkim się w głowach poprzewracało. Już sam awans do mistrzostw jest wielkim sukcesem i jeszcze zatęsknimy za polskimi awansami”. Słowa obecnego prezesa PZPN okazały się niestety prorocze i na kolejny występ w wielkiej piłkarskiej imprezie czekaliśmy aż 16 lat. Dlaczego zatem w ogóle przytaczam całą tę historię?
Polska reprezentacja przez wiele lat nie miała szczęścia do mistrzostw Europy, za to jak już graliśmy na mundialu, to wstydu zwykle nie przynosiliśmy. W ostatnim dziesięcioleciu dużo się jednak w tej materii zmieniło – jeżeli już na jakichś mistrzostwach gramy, to właśnie na Euro. „Klątwę Bońka” w świetnym stylu przełamał ze swoją kadrą Jerzy Engel, niestety, występ na MŚ 2002 w Korei Płd. i Japonii, był kiepski, a Polacy wrócili do domu po trzech spotkaniach w grupie. Tak samo źle poszło drużynie Pawła Janasa na mundialu w Niemczech i w 2006 roku nasza przygoda również zakończyła się na fazie grupowej. Od tej pory, mistrzostwa globu są dla nas nieosiągalne, lecz w międzyczasie udało nam się zagrać aż na trzech czempionatach z rzędu w Europie. Edycje 2008 i 2012 lepiej pozostawić bez komentarza, gdyż skompromitowaliśmy się tam jeszcze bardziej niż za Engela i Janasa (w dodatku w 2012 r. grając jako współgospodarz), na szczęście jednak świeżo zakończone mistrzostwa we Francji każą upatrywać w nas drużynę, która na mundial w 2018 r. powinna pojechać.
Z drżeniem serca obserwuję więc początek naszej drogi do Rosji. Falstart z Kazachstanem został ogłoszony jako wypadek przy pracy; niestety sobotnie spotkanie z Danią, chociaż do 50 minuty znakomite, w drugiej połowie przyprawiało widzów o szybsze bicie serca i pokazało wielką słabość, jeśli chodzi o grę naszych zawodników przy pewnym prowadzeniu. Nie może być tak, że Robert Lewandowski wiecznie nas ratuje – jego renoma znana jest na całym świecie, a obrońcy każdego zespołu mają za zadanie gryźć ziemię, aby tylko as Bayernu nie doszedł do akcji. Widać, jak bardzo wypadł z gry Krychowiak, jak złym posunięciem był transfer Kapustki (brakowało tego typu piłkarza na boisku) i jak sypie się nasza defensywa, gdy w nie najlepszej formie jest Kamil Glik. Ewidentnie brakuje spokoju i zwykłego w świecie „wyluzowania”. Wtorkowy mecz z Armenią z pewnością odpowie na wiele pytań, jednak na dzień dzisiejszy jedno jest pewne – kadra Nawałki musi się obudzić i być może zadziałać powinni tu przede wszystkim psychologowie, gdyż umiejętności naszym zawodnikom odmówić nie można (w sobotę kilku z nich pokazało parę naprawdę świetnych zagrań – mówię tu chociażby o Grosickim, czy nawet Jędrzejczyku), ale coś ewidentnie dzieje się w ich głowach.

Oficjalne logo Mistrzostw Świata w 2018 r., źródło: http://www.weglobalfootball.com

„Klątwa Bońka” w latach 1986-2002 dotyczyła wszystkich imprez wysokiej rangi. Obecnie musimy walczyć o to, aby stare demony nie powróciły w nieco innej formie i nie upatrzyły sobie w sposób szczególny mistrzostw świata. W końcu nie oszukujmy się, mimo iż klątwę udało się przerwać, występy w 2002 i 2006 roku były bardzo słabe i wielokrotnie można było usłyszeć, że „po co myśmy tam w ogóle jechali, lepiej by było, jakbyśmy nie awansowali”. Kibicujmy zatem Nawałce, Lewandowskiemu i spółce, aby obecne eliminacje przerwały nie tylko kiepską passę mundialową, ale miały swoją kontynuację również na właściwych mistrzostwach, a cały naród mógł cieszyć się z gry naszych Orłów co najmniej tak, jak jeszcze 3 miesiące temu we Francji!

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk