Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 listopada 2019

The Best of the '90s



Wielu z nas z nostalgią wspomina lata 90. Kasety VHS, karteczki, kapsle, magnetofony, walkmany, Pegasus, Dragon Ball, gra w gumę/piłkę (w zależności od płci), koszulki ulubionych drużyn za 30 zł z rynku, klocki Lego, Michael Jordan, Backstreet Boys, itp. itd... no wymieniać można bez końca. U mnie, urodzonego w 1989 roku, odbywającego naukę w szkole podstawowej w podelbląskiej wsi, gdzie czas płynął jakoś tak wolniej, ostatnie dziesięć lat poprzedniego tysiąclecia zajęły miejsce szczególne. I chociaż zdaję sobie sprawę, że do pełnego ideału sporo tym czasom brakuje, to jedno po latach stwierdzam z pełnym przekonaniem – dla kina był to okres wyjątkowy.
To, co na pewno pomogło w tworzeniu filmów w tamtej epoce, to wyraźny rozwój techniki realizacyjnej z jednoczesnym zachowaniem proporcji przy tworzeniu efektów specjalnych i scenografii. CGI stawiało swoje pierwsze kroki, więc odpowiedni specjaliści wciąż musieli solidnie się napocić przy kręceniu scen, które obecnie powstają w 100% w studiu i przy użyciu komputerów. Równolegle, mnóstwo gwiazd lat 70. i 80. przeżywało drugą młodość, prezentując niejednokrotnie najlepszą formę życiową – wymienię tu chociażby występy Anthony'ego Hopkinsa w „Milczeniu Owiec”, Ala Pacino w „Zapachu Kobiety”, czy Gene Hackmana w „Bez Przebaczenia”. Doświadczeni reżyserzy nie bali się mieszać przyprószonej siwizną dojrzałości ze świeżą, zdolną krwią, która „z buta” wchodziła na salony, w czym dobitnie pomagały między innymi środki masowego przekazu. No właśnie, pamiętacie początki Leonardo Di Caprio, Johnny'ego Deppa, Brada Pitta czy Toma Cruise'a? Ja, zanim obejrzałem jakikolwiek film z tymi jegomościami, już wcześniej znałem ich twarze z okładek czytanego na szkolnych korytarzach „Bravo” :D
W jednym z wcześniejszych wpisów wspominałem, że bardzo lubię wszelkiego rodzaju zestawienia, klasyfikacje i rankingi. Dlatego też, właśnie dziś, postanowiłem podjąć się tego niezwykle trudnego zadania i wybrać moją osobistą, kinową TOP 10 z tego niezwykłego okresu. Obiektywnie rzecz biorąc, this is mission impossible, bo już wiem, że wielu wspaniałym tytułom wyrządzę krzywdę, no ale nikt nie mówił, że w życiu będzie łatwo. Uwaga, uwaga <dźwięk fanfar 20th Century Fox w tle>, poniżej przedstawiam dziesięć najlepszych, moim zdaniem, filmów powstałych w okresie od 1 stycznia 1990 do 31 grudnia 1999 roku*.

* UWAGA: często myli się lata z dekadą, na przykład lata 80. XX wieku to okres od 1980 do 1989 roku, zaś lata 90. XX wieku to okres od 1990 do 1999. Pierwsza dekada XXI wieku to z kolei lata 2001 - 2010, zaś druga – lata 2011 - 2020.



10. Skazani na Shawshank (1994)


„Skazani”, którzy, od kiedy sięgam pamięcią, rozgościli się na pierwszym miejscu w rankingu IMDB i Filmwebu, i miejsca nie oddali do dziś, znaleźli się w moim zestawieniu rzutem na taśmę. Wielu z Was na pewno pomyśli sobie „dlaczego tak nisko?”. Ano właśnie dlatego, gdyż jestem na ten film nieco obrażony. Tak, wiem, że scenariusz powstał na podstawie książki Kinga, ale nigdy nie zapomnę mojego rozczarowania ostatnim kwadransem seansu, po tym jak dopiero co przeżyłem jedne z najlepszych dwóch godzin w moim filmowym życiu, wręcz dorównującym tym z „Gwiezdnych Wojen", „Indiany Jonesa" czy „Władcy Pierścieni". Nie chcę zdradzać szczegółów (MAŁE SPOILERY W DALSZEJ CZĘŚCI), chociaż zdziwiłbym się, gdyby ktoś tego dzieła jeszcze nie obejrzał, ale niestety ckliwe sceny z zakończenia na tej przepięknej, bajkowo malowniczej plaży nijak nie pasowały mi do ogólnej narracji filmu. Tak, wiem, że Andy walczył o niesłusznie pozbawioną wolność i po prostu mu się ona należała. Tak, też kibicowałem, żeby mu się udało i nie gnił w Shawshank do końca swych dni. Tak, Red również zyskał moją sympatię i chociaż był mordercą, uwierzyłem w jego przemianę. A jednak, gdy już opuszczamy Shawshank, coś zaczyna lekko zgrzytać. Bardzo cenię reżyserów, którzy potrafią korzystać z niedopowiedzeń i gdyby to samo zrobił w tym przypadku Frank Darabont, a film zakończył się w momencie wyjścia Reda poza mury więzienia, „Skazani" z miejsca wskoczyliby do mojego osobistego TOP5, a może nawet i TOP3 wszech czasów.
Żeby nie było, że bardziej ten film krytykuję niż chwalę, 90% czasu na ekranie to kino wprost fenomenalne. Historia doskonale trzyma w napięciu i ciągłej niepewności, grający główne role Tim Robbins i Morgan Freeman wspinają się na szczyty aktorstwa, dodatkowo mamy tu przepiękne kadry, fenomenalną muzykę i mistrzowską reżyserię. Przede wszystkim jednak, tu wcale nie jest miło, Shawshank to w końcu najgorsze więzienie w stanie – sceny gdy Andy jest regularnie katowany przez swoich prześladowców, potrafią wycisnąć łzy z widza. Frank Darabont doskonale zachowuje balans – pokazuje więźniów jako ludzi, którzy chociaż zrobili wiele złego, muszą zaadaptować się do życia w więzieniu, gdzie rządzą przerażający strażnicy i diaboliczny naczelnik. I chociaż da się tych bandytów polubić, nie ma tu sztucznego wybielania ich charakterów. W końcu każdy ma szansę na przemianę, co z tym jednak zrobi, zależy wyłącznie od niego samego.

9. Fight Club (1999)


Film o wyjątkowo niefortunnym polskim tytule „Podziemny krąg” w naszym kraju zrobił sporą furorę. Sam w sumie nie wiem dlaczego, ale cieszę się, gdyż jest to kawał naprawdę porządnego kina. Przede wszystkim przy każdym seansie zmusza mnie do zadania sobie ważnego pytania: „czy to, co robię, czym się zajmuję, co mam – czy to na pewno mnie uszczęśliwia?”. Podejrzewam, że niejeden widz snuje w trakcie seansu podobne rozważania i doskonale potrafi się wczuć w przeżycia bohatera granego przez Edwarda Nortona... no właśnie. Rola Edzia jest tutaj wprost wyśmienita, a gra Brada Pitta... ach, można się w tym rozsmakować. Zazdroszczę każdemu, kto ogląda ten film po raz pierwszy i jest świadkiem jednego z najlepszych twistów, jakie zaserwowało nam kino. Ale tutaj nic więcej zdradzać nie będę, po prostu to zobaczcie! Tym dziełem David Fincher tylko potwierdził klasę, którą zaprezentował cztery lata wcześniej w genialnym „Se7en”. Śmiało można go nazwać mistrzem narracji, gdyż rzadko można obejrzeć filmy tak świetnie poprowadzone, jak właśnie „Fight Club”.

8. Ścigany (1993)


Lata 90. kinem sensacyjnym stały, a ich twarzą był nie kto inny, jak Harrison Ford. „Ścigany” to esencja tego gatunku, jego flagowy model. Scenariusz nie jest specjalnie skomplikowany – ot, niesłusznie (?) oskarżony o zabójstwo żony i skazany na śmierć chirurg ucieka przed potężnym wymiarem sprawiedliwości, spotykając na drodze masę przeciwności, na każdym rogu bohatersko stawiając im czoło. To, co jednak stawia ten film na samym szczycie tego typu kina, to jego wybitna realizacja. Tempo jest doskonałe – ani za szybkie, dzięki czemu widz doskonale orientuje się w fabule, ani za wolne – nie uświadczymy w nim niepotrzebnych dłużyzn. Napięcie w zasadzie nie ustaje nawet na minutę, w dodatku mamy tu doprawdy rewelacyjny pojedynek aktorski pomiędzy Harrisonem Fordem (tytułowy ścigany), a Tommym Lee Jonesem (ścigający). Nie bez powodu zresztą komisarz Ryba z naszego rodzimego „Killera” miał być jak Tommy Lee Jones w „Ściganym” :) chociaż akurat Oscara za rolę drugoplanową dałbym jeszcze lepszemu w tamtym roku, Ralphowi Fiennesowi.

7. Lista Schindlera (1993)


A skoro już o Fiennesie mowa, nie mogło na tej liście zabraknąć najbardziej poważnego dzieła w dorobku Stevena Spielberga i chyba najsłynniejszego filmu dotyczącego Holocaustu w historii kina. Nie skłamię, gdy stwierdzę, że „Lista Schindlera” potrafi dotknąć człowieka o najbardziej kamiennym sercu. Gdy zdajemy sobie sprawę, że sceny przedstawiane w tym filmie wydarzyły się naprawdę, od razu doznajemy refleksji i ciężko nam zrozumieć, jak człowiek mógł drugiemu bliźniemu zgotować tak okrutny los. I chociaż nigdy nie będziemy w pełni zgodni, jeśli chodzi o patrzenie na świat, czegoś takiego nie można wytłumaczyć w żaden sposób. Spielberg, chociaż postać Schindlera mocno wybielił, w doskonały sposób pokazał, jak jeden człowiek może ocalić tysiące. Wydźwięk filmu, mimo iż osadzony w trakcie II wojny światowej, jest więc bardzo uniwersalny. 
„Lista" jest również doskonałym dziełem artystycznym. Przez trzy godziny oglądamy obraz czarno-biały (z jednym malutkim, symbolicznym wyjątkiem), „ubarwiony” skromną, lecz przepiękną i chwytającą za serce muzyką. Niesamowite jest tu również aktorstwo – Liam Neeson jako Oskar Schindler gra rolę życia, Ben Kingsley w kreacji Itzhaka Sterna sprawia wrażenie wyjętego z lat 40. XX wieku przedstawiciela narodu żydowskiego, natomiast Ralph Fiennes... jego Amon Goeth to postać, której autentycznie się nienawidzi. Okrutny, pozbawiony wszelkich skrupułów i zasad komendant obozu koncentracyjnego, który dla zabawy strzela do ludzi i napawa się ich cierpieniem, został przez brytyjskiego aktora zagrany tak wybitnie, że do dziś nie rozumiem, jakim cudem statuetka za najlepszą rolę drugoplanową powędrowała do wspomnianego już wcześniej Tommy'ego Lee Jonesa.

6. Forrest Gump (1994)


Kiedy po raz pierwszy obejrzałem „Forresta Gumpa”, zastanawiałem się w czym tkwi jego fenomen. Nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Później zobaczyłem po raz drugi, trzeci... aż chyba w końcu zrozumiałem. Każdy z nas chciałby być takim Forrestem – człowiekiem, który chociaż za młodu był wyśmiewany i skreślony przez podwórko ze względu na swoje ułomności, to w dorosłym życiu poprzez ciąg niesamowitych zdarzeń stał się bohaterem wojennym, miliarderem i wzorem dla tysięcy ludzi. A mimo to, grany przez wybitnego, uhonorowanego Oscarem Toma Hanksa, główny bohater zdaje się nie do końca ogarniać całego zamieszania, które dzieje się wokół. Jedyne, co się bowiem dla niego liczy, to miłość do swojej ukochanej przyjaciółki z młodych lat, Jenny. Tylko to sprawia, że ma powód, aby prawdziwie żyć, chociaż przecież z zewnątrz wygląda na człowieka sukcesu.
Film, chociaż momentami ckliwy, ma w sobie pewnego rodzaju magię i piękno. Ciężko też go jednocześnie wsadzić w ramy konkretnego gatunku, gdyż mamy tu zarówno sceny niezwykle zabawne, jak i bardzo wzruszające. Robert Zemeckis podszedł do swojego dzieła z nieprzeciętną, dziecięcą wręcz wrażliwością, a urok, ciepło i duży dystans do świata charakteryzują ten nietuzinkowy obraz. „Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz na co trafisz” – te, wydawałoby się banalne słowa, cytowane przez głównego bohatera na samym początku, są chyba najlepszym podsumowaniem.

5. Se7en (1995)


Filmów o mordercach-psychopatach było w historii Hollywood sporo. A jednak dzieło Davida Finchera potrafiło wnieść pewien owiew świeżości. Nigdy wcześniej bowiem nie zdarzyło się, aby czarny charakter popełniał zbrodnie według klucza siedmiu grzechów głównych. Tym właśnie, jak okazuje się po odkryciu któregoś z kolei morderstwa, szalonym i okrutnym tropem podążają główni bohaterowie filmu – młody detektyw Mills (świetny Brad Pitt) i doświadczony intelektualista, śledczy Sommerset (równie świetny Morgan Freeman). Osobiście uważam „Se7en” za najlepszy thriller, jaki kiedykolwiek nakręcono. W żadnym innym filmie zło nie jest przedstawione tak dobitnie i w tak okrutnej postaci. Niektóre sceny dosłownie mrożą krew w żyłach, a akcja jest poprowadzona wręcz wzorowo. Samo zakończenie uważam natomiast za jeden z najlepszych finałów w historii kina – po pierwszym seansie zostało mi w głowie na bardzo długo. Kto jeszcze nie oglądał, niech czym prędzej nadrobi zaległości.

4. W imię ojca (1993)


Kiedy odpaliłem film po raz pierwszy, a z głośników bezkompromisowo zaatakowały mnie niesamowite dźwięki bębnów utworu „In The Name of the Father” w wykonaniu Bono i Gavina Friday, od razu wiedziałem, że to będzie dobre kino. Jednak chyba nie spodziewałem się, że aż tak dobre. Jim Sheridan wziął na tapet prawdziwą historię Gerry'ego Conlona, irlandzkiego młodzieńca, który wraz z trzema przyjaciółmi został niesłużnie oskarżony i skazany za podłożenie bomby w klubie Guilford, w wybuchu której zginęło pięć osób, a sześćdziesiąt pięć zostało rannych. Władze angielskie, chociaż wiedziały o niewinności „Czwórki z Guilford”, nie miały skrupułów, aby całą czwórkę wsadzić za kraty z wyrokiem dożywocia.
Co sprawia zatem, że dzieło reżysera z Zielonej Wyspy jest tak świetne? A raczej kto? Odpowiedź jest prosta – najlepszy aktor wszech czasów, Daniel Day-Lewis. Napisać, że po raz kolejny pokazał klasę, to nie napisać nic. Stwierdzić, że po raz kolejny genialnie wczuł się w graną przez siebie postać, to nie stwierdzić nic. On w tym filmie po prostu stał się Gerry'm Conlonem – nieustraszonym i nieugiętym człowiekiem walczącym o wolność swoją i własnego ojca (bardzo dobra rola Pete'a Postlethwaithe'a), który z czasem również dołącza do niego w więziennej celi. Każdy gest Day-Lewisa, jego mimika, wszelkie reakcje na bodźce zewnętrzne, pokazują, jakiego geniusza mamy okazję oglądać na ekranie. Wielka szkoda, że w tym samym roku za równie świetną rolę w „Filadelfii”, Oscarem został uhonorowany Tom Hanks, gdyż nie byłoby niczym niesprawiedliwym, gdyby obaj aktorzy otrzymali wówczas po statuetce.

3. Terminator 2: Dzień sądu (1991)


Chyba tylko seanse klasycznej trylogii „Gwiezdnych Wojen” oraz „Indiany Jonesa” wspominam z większym sentymentem, niż niekończące się projekcje drugiej części arcydzieła Jamesa Camerona. Druga część historii o cybernetycznym wojowniku z przyszłości (w roli głównej nie kto inny, jak sam Arnold Schwarzenneger), wysłanym do roku 1995, aby uchronić przywódcę ruchu oporu w wojnie z maszynami w roku 2029, Johna Connora, będącego celem innego mordercy nie-człowieka – również wysłanego z przyszłości, diabolicznego T-1000. Wiele razy spotkałem się z sytuacją, kiedy osoba sceptycznie nastawiona do „kolejnego filmu o elektronicznym mordercy i wybuchach”, po seansie stwierdzała, że był to naprawdę dobry film i nie spodziewała się tak wysokiego poziomu. No właśnie, „Terminator 2: Judgment Day” do dziś pozostaje, jak dla mnie, niedoścignionym wzorem, jeśli chodzi o kino akcji z elementami science-fiction. Dzieło Camerona nie jest bowiem filmem, który ma za zadanie przedstawienie potęgi efektów specjalnych (chociaż są one jak na rok 1991 genialne i okazały się wielkim przełomem, jeśli chodzi o ten aspekt tworzenia filmów), zadaje on bowiem bardzo ciekawe pytania i zmusza do konkretnych, egzystencjalnych przemyśleń. Tak, jak zwykle nie płaczę na filmach, tak ostatnie sceny nieraz sprawiły, że uroniłem łezkę. I to na filmie, gdzie głównym bohaterem nie jest istota ludzka! To tylko świadczy jak świetną robotę wykonał Cameron oraz kompozytor muzyki oryginalnej, Brad Fiedel. Motyw przewodni z „Terminatora 2” za każdym razem powoduje u mnie ciarki na plecach.
Aha, jeszcze jedna ważna sprawa – zapomnijcie o beznadziejnych kontynuacjach. Prawdziwy „Terminator” to tylko dwie części. Pierwsza, z roku 1984 i „Dzień Sądu” właśnie.

2. Chłopcy z ferajny (1990)



Chociaż uwielbiam pierwszą część „Ojca Chrzestnego” i znajduje się ona w ścisłej czołówce moich ulubionych filmów, to do dziś uważam i zdania raczej nie zmienię, że najlepszym filmem gangsterskim, jaki kiedykolwiek powstał, są właśnie „Chłopcy z ferajny”. Pozwolę sobie powtrórzyć słowa, które już napisałem o tym filmie w przeszłości: Martin Scorsese, reżyser filmu, zaprezentował życie mafii bez dodawania jakichkolwiek upiększeń i zrezygnował ze sztucznej gloryfikacji świata przestępczego. W pewien sposób potwierdził to, co 18 lat wcześniej pokazał Coppola, który zdemitologizował obraz gangstera, jednak tutaj zrobił to w sposób znacznie bardziej brutalny i dosadny. Nie spotkamy u niego „zabijaków-robotów”, których nie tknie żadna kula – każdy może zginąć tego samego dnia z rąk rzekomego przyjaciela, z którym jeszcze rano jadł śniadanie. Dodając do świetnej fabuły kapitalne aktorstwo (Ray Liotta, Robert De Niro i grający życiową rolę, nagrodzony Oscarem Joe Pesci) oraz wciągającą, dynamiczną narrację, otrzymujemy produkt typowy dla Marty'ego, jednak w tym przypadku flagowy i po dziś dzień niedościgniony.
Uwaga! Filmu nie polecam ludziom wrażliwym na krew i ludzką krzywdę, ukazaną na ekranie w dość realistyczny sposób.

1. Pulp Fiction (1994)

Zwycięzca mógł być tylko jeden. Magnum opus Quentina Tarantino, kopalnia cytatów, legendarnych scen i postaci, fenomen kulturowy, społeczny i socjologiczny. Najlepsza czarna komedia w historii kina, genialny pastisz filmów gangsterskich, kino dialogu, kadru i obrazu. Do tego nowatorskie, jak na rok 1994, zaburzenie chronologii wydarzeń, fantastyczne role Johna Travolty, Samuela L. Jacksona, Umy Thurman i Bruce'a Willisa i niezwykle ciekawe przemyślenia ukryte pod płaszczykiem rzekomo głupich dyskusji o niczym. O tym filmie napisano już wszystko, a sam Tarantino chyba nie spodziewał się, że jego drugie dzieło w karierze osiągnie taki sukces i dwadzieścia pięć lat po premierze nie zestarzeje się ani trochę, a jego kult będzie się tylko pogłębiał. Kto jednak myśli, że jest to film-wydmuszka (a takie zarzuty słyszę dość często), niech szybko zrobi sobie powtórkę i posłucha, o czym mówi Jules Winfield zaraz po akcji odbicia walizki z mieszkania trzech młodych kanciarzy, zajadających cheesburgery z Big Kahuna Burger. Dziękuję, dobranoc.

Specjalne wyróżnienia:

Król Lew (1994)


Chociaż ranking obejmuje jedynie filmy fabularne, nie mogłem nie wspomnieć o najlepszej animacji w historii kina. Nie ma chyba drugiego, obok „Titanica” (notabene również wyprodukowanego w latach 90.), dzieła, na którego projekcjach zużyto by tyle chusteczek. Na „Królu Lwie” naprawdę ciężko się nie wzruszyć. Historia, która sprawia wrażenie wyjętej spod pióra samego Williama Szekspira, jest prosta, ale tak dobitna i tak bardzo chwytająca za serce, że nie da się przejść obok tego cuda obojętnie. Sceny piękne przeplatają się ze wzruszającymi, smutnymi, a nawet przerażającymi, ale przesłanie największego arcydzieła studia Walt Disney Pictures jest jasne – nie martw się i zawsze pamiętaj, kim jesteś i co dobrego możesz odnaleźć w samym sobie.

Toy Story (1995)


Pierwsza animacja w historii kina wykonana w całości przy użyciu techniki komputerowej. Kamień milowy kinematografii, wielki debiut studia Pixar i genialna zabawa w trakcie seansu. Któż po projekcji filmu nie zastanawiał się, co robią jego zabawki po wyjściu z pokoju? I któż nie chciał mieć w swojej kolekcji Chudego, Buzza lub Cienkiego? Tak właśnie zdobywa się uznanie wśród najmłodszych, ale także i tych starszych – zagląda się do ich wyobraźni.

I w ten sposób dobiegliśmy do końca. A jak to wygląda u Was? Macie swoje TOP 10 z tego niesamowitego okresu? Zapraszam do komentowania i wpisywania swoich zestawień!

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

środa, 28 grudnia 2016

Żegnaj księżniczko!

Źródło: www.starwars.com

Rok 2016 nie był łaskawy dla świata gwiazd z pierwszych stron gazet. Pożegnaliśmy w nim między innymi takie legendy jak Natalie Cole, David Bowie, Alan Rickman, Keith Emerson, Prince, Muhammad Ali, Kenny Baker, Gene Wilder, Andrzej Wajda, Leonard Cohen czy Greg Lake. Niektórzy z nich zmarli z przyczyn naturalnych, podczas gdy inni odeszli po przegranej walce ze śmiertelną chorobą. Wyjątkowo brutalny okazał się jednak czas świąteczny. Najpierw w pierwszy dzień świąt gruchnęła wieść o tragicznej śmierci prawie wszystkich muzyków legendarnego Chóru Aleksandrowa, którzy zginęli w katastrofie lotniczej. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny, a wiadomością numer jeden w większości portali stał się zgon George'a Michaela. Niestety, na tym się nie skończyło. Kiedy wracałem pociągiem ze świątecznych wojaży, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie kolejna fatalna informacja: „Nie żyje Carrie Fisher, odtwórczyni legendarnej Księżniczki Lei z sagi „Gwiezdne Wojny".
Wiadomo, że każdy z nas kiedyś odejdzie – życie na tej ziemi nie jest wieczne i nie ma od tej reguły wyjątku. Śmierć gwiazdy wielkiego formatu często boli, gdyż niejednokrotnie jest to osoba, która inspirowała całe rzesze ludzi w wielu zakątkach tego świata i chociaż zazwyczaj nie miała okazji poznać się z większością swoich fanów, to w pewien sposób stawała się częścią ich życia, czy to przez wielokrotne odtwarzanie jej utworów, częstą obecność na ekranie telewizora, czy nawet wizerunek na plakacie w pokoju. Muszę przyznać, że informacja o śmierci Carrie Fisher wstrząsnęła mną najbardziej – w końcu dołożyła ona niezwykle istotną cegiełkę do budowy świata, który zajął w moim życiu niezwykle ważne miejsce.
Carrie Fisher urodziła się 21 października 1956 roku w Beverly Hills; jej ojcem był Eddie Fisher, a matką słynna Debbie Reynolds, znana głównie z roli w „Deszczowej Piosence". W wieku siedemnastu lat zadebiutowała w teatrze jako tancerka i chórzystka, a pierwszą rolę na dużym ekranie otrzymała w 1975 r. w komedii romantycznej „Szampon". Z pewnością nie zdawała sobie jeszcze wówczas sprawy, jak diametralnie odmieni się jej życie po upływie zaledwie dwóch lat.

Od lewej: Mark Hamill, Carrie Fisher, Harrison Ford.
 
Rok 1977 przyniósł ze sobą premierę pierwszej odsłony najbardziej kultowej trylogii filmowej w historii kina. „Gwiezdne Wojny", które otrzymały później podtytuł „Ep. IV – Nowa Nadzieja", okazały się ogromnym hitem w kinach na całym świecie – zdjęcia kilometrowych kolejek do kas biletowych przeszły do legendy, a dzieło George'a Lucasa trafiło na pierwsze miejsce najbardziej dochodowych filmów w historii kina, zostawiając konkurencję daleko w tyle. Wielki udział w tym sukcesie miała właśnie Carrie Fisher, której przypadła w udziale rola księżniczki Lei Organy, jednej z trzech najważniejszych postaci filmu. Praktycznie anonimowa dwudziestoletnia aktorka znakomicie sobie poradziła, grając u boku Marka Hamilla (Luke Skywalker) i wschodzącej gwiazdy Hollywood, Harrisona Forda (Han Solo). Leia w jej wykonaniu to niezwykle wyrazista, charakterna i bezkompromisowa postać; choć jest urodziwą księżniczką – bliżej jej raczej do rebeliantki, która dobrze czuje się w zbroi. Świetnie radzi sobie z blasterem, nieobce są jej pościgi i ucieczki, potrafi nazwać Chewbaccę „chodzącym dywanem" – krótko mówiąc, nie daje sobie w kaszę dmuchać i nawet sam Han Solo, chociaż nie szczędzi jej kąśliwych uwag, jest pod wrażeniem temperamentu księżniczki i ani myśli śmiać się z jej dość oryginalnej fryzury. Pomimo twardego charakteru, od czasu do czasu odkrywa również swoją wrażliwą stronę – jest niezwykle wierna wobec Rebelii, wrażliwa na krzywdę przyjaciół, a nawet potrafi się zakochać. Jej romans z Hanem w „Imperium Kontratakuje", oparty na lawinie uczuciowych pyskówek, to jeden z najlepszych wątków miłosnych, jakie pojawiły się kiedykolwiek w Hollywood.
Niestety, pomimo wielkiej popularności, jaką zyskała za sprawą „Nowej Nadziei", w życiu osobistym Carrie Fisher co rusz pojawiały się mniejsze i większe burze. Zaczęła nadużywać narkotyków i alkoholu, a pomimo ponownie świetnie przyjętej roli Lei we wspomnianej kontynuacji „Gwiezdnych Wojen" („ep. V - Imperium Kontratakuje") oraz udziału w słynnej komedii „Blues Brothers", w tym samym roku (1980) stwierdzono, że nie nadaje się do gry aktorskiej. Zapisała się na kurację odwykową, a jakby było tego mało, zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową. Jakimś cudem udało jej się zagrać Leię, ponownie w sposób przekonujący (do legendy przeszło jej niewolnicze, złote bikini), po raz trzeci w "Powrocie Jedi" (1983). W tym samym roku poślubiła słynnego muzyka Paula Simona (niestety, ich małżeństwo przetrwało ledwie osiem miesięcy), jednak jej kariera aktorska ewidentnie uległa załamaniu. W czasie gdy jej starszy kolega z planu, Harrison Ford, stawał się jednym z najbardziej pożądanych artystów w całym Hollywood, ona kończyła odwyk. W trakcie kuracji poddawała się nawet elektrowstrząsom, po czym... postanowiła skupić się na pisaniu. Na bazie pozostałości wspomnień (jak twierdziła, część z nich bezpowrotnie utraciła) postanowiła napisać spektakl oraz autobiografię. Pogodziła się z chorobą, z której potrafiła nawet żartować, i daleko jej było do obwiniania o swoje nałogi rodziców, jednak na wielkim ekranie występowała sporadycznie i zwykle w mało istotnych rolach. W jej filmografii ze znanych tytułów można odnaleźć „Hannah i jej siostry", czy „Kiedy Harry poznał Sally", jednak już nigdy więcej nawet nie zbliżyła się do wielkości, którą dała jej rola Lei. Życie osobiste okazało się pasmem porażek, jednak ukończona w 1990 roku biografia „Postcards from the Edge" zyskała uznanie w oczach krytyków, a Fisher została laureatką Los Angeles Pen Award za debiut książkowy. To właśnie na podstawie tej pozycji został nakręcony film „Pocztówki znad krawędzi" z Gene Hackmanem, Meryl Streep i Shirley MacLaine w rolach głównych.
W latach 90-tych i pierwszej dekadzie XXI wieku próżno było szukać jakichkolwiek informacji o jej życiu. Sporadycznie można było przeczytać na temat jej załamania nerwowego, powrotu do używek i pogłębiającej się chorobie, jednak sama w mediach pojawiała się bardzo rzadko. Pech chciał, że kiedy znów pojawiła się na wielkim ekranie w 2015 r. w swojej etatowej roli (Leia po przejściach w filmie "Gwiezdne Wojny, ep. VII – Przebudzenie Mocy") i wydawało się, że znów może być o niej głośno, jej serce postanowiło bić coraz wolniej i po roku odmówiło posłuszeństwa. W przedzień wigilii, pod koniec lotu z Londynu do Los Angeles, gdzie miała promować swoją najnowszą książkę „The Princess Diaries", doznała rozległego ataku serca i trafiła na intensywną terapię. Pomimo optymistycznych wieści w trakcie świąt, 27 grudnia 2016 roku cały świat obiegła straszliwa wiadomość – „Carrie Fisher zmarła w wieku 60 lat".

Źródło: http://www.fahrenheit.net.pl

Tak jak pisałem we wstępie, śmierć czeka każdego z nas i nikt przed nią nie ucieknie. Jednak odejście takich osób jak Carrie Fisher jakoś wyjątkowo boli. Gdy widzi się, jakim potencjałem dysponowała ta aktorka i jak wielką sympatią darzono ją na całym świecie, a jednocześńie jak sama zupełnie nie potrafiła sobie poradzić ze sławą, pozostaje wielki żal i współczucie. Uczucia te potęgują zwłaszcza ostatnie, dość udane jak na ostatnie trzy dekady, lata jej kariery. Nowa książka, rola w „Przebudzeniu Mocy" i... króciutki epizod w najnowszym „Rogue One". Nie chcę zdradzać o jaką scenę chodzi, jednak kto widział film i niedługo po premierze dowiedział się o śmierci Carrie, ten na pewno przeżył chwilę zadumy. Odeszła od nas kobieta nietuzinkowa – osoba, która z jednej strony stworzyła jedną z najbardziej kultowych postaci żeńskich w historii kina, a z drugiej co chwilę przegrywała walkę ze swomi własnymi demonami. Świat o tym nie wiedział, bo zawsze patrzył na nią przez pryzmat pięknej księżniczki z legendarnej sagi, nawet gdy jej młodzieńczy wdzięk już dawno uleciał. Kondolencje napływające z całego świata pokazują, jak mocno jej postać wszczepiła się w kulturę masową. Nie zobaczymy już Carrie w żadnej filmowej roli, nie przeczytamy ani jednej nowo napisanej przez nią książki, jednak pozostanie w naszej pamięci tak długo, jak istnieć będzie legenda „Gwiezdnych Wojen". A jej kres przyjdzie nieprędko.
Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

niedziela, 30 października 2016

Muzyka filmowa – mój TOP 20

Czasy, gdy film jedynie przenosił teatr na wielki ekran, minęły bezpowrotnie. Dziś nikt nie wyobraża już sobie kina bez pięknych zdjęć, profesjonalnego montażu, zapierającej dech w piersiach scenografii, a przede wszystkim jednej z wciąż najbardziej nieodgadnionych dziedzin sztuki, oddziałującej na wszystkie ludzkie zmysły – muzyki. Najlepsi kompozytorzy potrafią nie tylko stworzyć melodie, które w doskonały sposób współgrają z danymi scenami w filmie, ale także spowodować, że stworzone przez nich dźwięki niejako zaczynają żyć odrębnym życiem.

Dzisiejsze zestawienie miało pierwotnie zawierać dziesięć najpiękniejszych kompozycji filmowych, jakie według mnie kiedykolwiek powstały. Stwierdziłem jednak, że ograniczając się do takiej liczby, pominę wiele wspaniałych melodii, których brak uznałbym za okrutną niesprawiedliwość. Tym razem zrobię więc wyjątek i swą listę rozszerzę do aż dwudziestu pozycji. Myślę, że w żaden sposób nie zaważy to na jakości notki, za to pozwoli wielu osobom zapoznać się z niesamowitymi kompozycjami, które być może zagrają im równie pięknie, jak od lat grają mojemu sercu. Muszę szczerze przyznać, że wybierając motywy muzyczne, które postanowiłem dzisiaj umieścić, parę razy zakręciła mi się łezka w oku.

Nie mógłbym zapomnieć jeszcze o jednej ważnej kwestii, która sprawia, iż większość z nas często nieświadomie popełnia błąd, gdy mówi o kompozycjach w filmie. „Muzyka filmowa", z angielskiego score, to inaczej akompaniament ilustracyjny, który pojawia się jako tło obrazu i często nie wydaje się go nawet na osobnej płycie CD. Za jego stworzenie jest odpowiedzialny wybrany przez producenta kompozytor, a przy okazji wręczania nagród efekty jego pracy zgłasza się do kategorii „najlepsza muzyka oryginalna". „Ścieżka dźwiękowa", czyli „soundtrack" lub „ost", to z kolei lista utworów, które zostały w całości lub częściowo włączone do ogólnej warstwy muzycznej danego filmu. Te najbardziej zapadające w pamięć nagradza się w kategorii „najlepsza piosenka".

Stwierdzając powyższe, ze spokojem sumienia i niekłamaną przyjemnością prezentuję więc osobiste TOP 20 muzyki filmowej:
 
20. Przeminęło z wiatrem (1939, muz. Max Steiner)


 Wielka duma Hollywood. Protoplasta dzieł tworzonych z wielkim rozmachem, ponadczasowy czterogodzinny melodramat, film, który niespełna osiemdziesiąt lat temu potrafił zarobić prawie czterysta milionów dolarów. Nieprędko zostanie wymazany z pamięci, tak jak i piękna muzyka Maxa Steinera.

19. Powrót do przyszłości (1985, muz. Alan Silvestri)


 Klasyka filmu przygodowego. Któż z nas nie chciał wybrać się w wielką podróż z Martym McFly'em? I któż nie nucił tego ponadczasowego motywu autorstwa Alana Silvestriego?

18. Lawrence z Arabii (1962, muz. Maurice Jarre)


Kolejny klasyk Hollywood i kolejny piękny motyw muzyczny. Maurice Jarre (zbieżność nazwisk z Jean Michelem nieprzypadkowa!) dał się poznać w Fabryce Snów jako kompozytor, który idealnie obrazował w sposób muzyczny to, co widać w danej chwili na ekranie. W melodiach z „Lawrence'a" idealnie słychać klimaty Bliskiego Wschodu i niemiłosiernie palących piasków pustyni.

17. Terminator 2: Dzień sądu (1991, muz. Brad Fiedel)


Zestaw kompozycji, dzięki którym pokochałem brzmienie syntezatorów. W żadnym innym filmie nie została chyba tak doskonale zobrazowana muzycznie nadchodząca zagłada. Sam film to natomiast mistrzowskie połączenie sci-fi i kina akcji z postapokaliptycznym tłem.

16. American Beauty (1999, muz. Thomas Newman)


Małe zaskoczenie? Nie bez powodu wrzuciłem też dwa motywy muzyczne pochodzące z tego filmu. Uważam, iż Thomas Newman to jeden z najbardziej niedocenionych kompozytorów w Hollywood. Jego melodie w niesamowity sposób zgrywają się z obrazem i wprowadzają widza w nostalgiczny, pełen zadumy nastrój. „American Beauty" to wręcz flagowy przykład klasy tego artysty.

15. Rydwany ognia (1981, muz. Vangelis)


Gdyby nie ta legendarna scena i jeszcze bardziej legendarny motyw muzyczny, o filmie Hugh Hudsona nikt by nawet nie pamiętał. Sama produkcja jest przeciętna i mocno przereklamowana, niemniej to, co zrobił Vangelis, komponując muzykę, to prawdziwe arcydzieło.

14. Titanic (1997, muz. James Horner)


Niech rzuci kamieniem ten, kto nie płakał na „Titanicu"! Słysząc tę piękną melodię, stworzoną przez zmarłego w ubiegłym roku Jamesa Hornera, od razu przed oczami stają wzruszające sceny z tego niezwykłego i stworzonego z ogromnym rozmachem katastroficznego melodramatu. A jak doda się jeszcze Celine Dion, śpiewającą „My Heart Will Go On"...

13. Seria Piraci z Karaibów (od 2003, muz. Klaus Badelt, Hans Zimmer)

Długo zastanawiałem się, czy muzyka z „Piratów", w dodatku stworzona częściowo przez Klausa Badelta, a częściowo przez Hansa Zimmera, zasługuje na tak wysokie miejsce wśród najlepszych kompozycji w historii kina, zwłaszcza iż same filmy z każdą kolejną częścią są coraz gorsze. Stwierdziłem jednak, że nie ma chyba innej melodii na świecie, która tak bardzo pasowałaby do motywów morskich i pirackich. Ahoj!

12. Szczęki (1975, muz. John Williams)


Pierwsze i nie ostatnie spotkanie z Johnem Williamsem. Jeden z najbardziej złowieszczych motywów w historii kina, który jak ulał pasuje do sceny ataku morderczego rekina. A pomyśleć, że reżyser „Szczęk", Steven Spielberg, myśląc nad kształtem muzyki w swoim filmie, jedynie poprosił Williamsa, żeby „po prostu zagrał coś, co kojarzy mu się z mrokiem i skradaniem"...

11. Requiem dla snu (2000, muz. Clint Mansell)


Główny temat muzyczny jest równie wstrząsający, co fabuła filmu. Od początku do końca obejmuje twardym uściskiem, dusi, a gdy już puszcza... zostaje w głowie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Coś niesamowitego.

10. Dobry, zły i brzydki (1966, muz. Ennio Morricone)


Ennio Morricone to prawdziwa legenda wśród kompozytorów i nie ma co się temu dziwić, gdy posłucha się chociażby „The Ecstasy of Gold" ze słynnego spaghetti westernu „Dobry, zły i brzydki" w reżyserii Sergio Leone. Za samą rekomendację wystarczy fakt, iż słynny metalowy zespół Metallica od wielu lat na swoich  koncertach zawsze puszcza ten motyw przed wejściem na scenę.

9. Park Jurajski (1993, muz. John Williams)


John Williams po raz drugi. Nieśmiertelna muzyka z nieśmiertelnego filmu. Widok poruszającego się brachiozaura w rytm przepięknego motywu przewodniego po dziś dzień zapiera dech w piersiach i pozwala za każdym razem poczuć się jak dziecko.

8. Seria James Bond (od 1962, muz. Monty Norman, James Barry)


Chociaż nie jestem fanem większości filmów o agencie 007, to już muzykę, jaką skomponowali Monty Norman i James Barry, zalicza się do prawdziwej klasyki kina. Motyw przewodni to z kolei jeden z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów instrumentalnych w historii kinematografii.

7. Misja (1986, muz. Ennio Morricone)


Muzykę Ennio Morricone w tym filmie można określić tylko jednym słowem – piękna! Niesamowite jest to, jak ten kompozytor genialnie potrafi wyczuć klimat i przesłanie filmu, a dzięki melodiom, jakie tworzy, jeszcze bardziej podnosi wartość obrazu.

6. Braveheart (1995, muz. James Horner)


Nie „Titanic", a właśnie „Braveheart" Mela Gibsona stanowi szczytowe osiągnięcie Jamesa Hornera. Muzyka jest nie tylko piękna, ale i rewelacyjnie współgra z przesłaniem filmu oraz jego naczelnym słowem – „wolność". Słuchając motywu przewodniego naprawdę można poczuć się lekkim jak ptak.

5. Gladiator (2000, muz. Hans Zimmer)


Rzadko zdarza mi się przesłuchać ten motyw bez uronienia łzy. A jeszcze trudniej jest to zrobić w trakcie oglądania filmu. Hans Zimmer stworzył coś wspaniałego, cudownego i jedynego w swoim rodzaju. Brak Oscara w kategorii „najlepsza muzyka oryginalna" za rok 2000 to prawdziwy skandal!

4. Trylogia Ojciec Chrzestny (od 1972, muz. Nino Rota)


Kompozycja równie legendarna co sam film. Słysząc muzykę z „Ojca Chrzestnego", od razu widzę przed oczami eleganckich panów w garniturach, Sycylię, Amerykę lat 30-tych itp. Trzeba ogromnego talentu i niesamowitego zmysłu, aby tak pięknie połączyć obraz z dźwiękiem, jak zrobił to Nino Rota.

3. Seria Indiana Jones (od 1981, muz. John Williams)




Trzecie miejsce, trzy kompozycje i John Williams po raz trzeci. Słysząc główny motyw, użyty po raz pierwszy w „Poszukiwaczach zaginionej Arki", nie sposób się nie uśmiechnąć. To prosta, wpadająca w ucho melodia, od razu przywodząca na myśl przygodę i nieodgadnione tajemnice tego świata. Jednak „Indiana Jones" to nie tylko wesoły pan w kapeluszu. To także mnóstwo przeciwności, ogrom ryzyka i stawanie oczy w oczy z najgorszymi ludźmi na ziemi. Słychać to także w niesamowitych kompozycjach Williamsa.

2. Trylogia Władca Pierścieni (od 2001, muz. Howard Shore)


Muzyka z trylogii „Władcy Pierścieni" jest tak genialna, że publikowanie zaledwie trzech kompozycji to ledwie źdźbło w ogromnym trawniku, że tak to obrazowo ujmę, wspaniałych melodii, jakie stworzył Howard Shore. We wpisie sprzed tygodnia poczyniłem już uwagę, jak rewelacyjnie stworzonym światem okazało się filmowe Śródziemie. Motywy muzyczne miały w tym wielki, a wręcz kluczowy udział. Serdecznie polecam zapoznać się z całym score z trylogii Petera Jacksona - można się zatracić!

1. Seria Gwiezdne Wojny (od 1977, muz. John Williams)

 


Czy mogło być inaczej? Ukochana muzyka z ukochanej serii filmów stworzona przez najlepszego kompozytora w dziejach Hollywood. Do dziś pierwsze takty „Marszu imperialnego" powodują, że przez całe moje ciało przechodzą dreszcze, a na dźwięk motywu głównego od razu podrywam się i przebudzam. 

Mam nadzieję, że ta krótka podróż przez najpiękniejsze kompozycje w historii kina była dla Was przyjemnością. Ze swojej strony mogę zapewnić, że tematyka muzyki w filmie na pewno jeszcze nieraz na moim blogu się pojawi.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

niedziela, 23 października 2016

Mój strzał w dziesiątkę

Wracamy do świata filmu. Dzisiaj nie będzie rozprawki, eseju czy rozbudowanej analizy, lecz to co zawsze bardzo lubiłem – zestawienie. Moja rodzina dobrze pamięta, że już od najmłodszych lat pasjonowałem się wszelkiego rodzaju rankingami czy statystykami, samemu przy okazji tworząc mnóstwo (czasem totalnie odjechanych) tak zwanych „topów” – a to najlepsze okładki Kaczora Donalda z roku 1997, a to największe państwa świata pod względem powierzchni, a to najsilniejsze wybuchy wulkanów w historii ludzkości itp. itd. Tym razem chciałbym jednak przedstawić osobiste „The best of the best” ze świata kina. W końcu każdy z nas posiada swoje ulubione tytuły, które jest w stanie obejrzeć po kilka, a nawet kilkanaście razy, nie odczuwając przy tym znużenia i nie odbierając sobie nic z rozrywki. W poniższym rankingu nie dzielę filmów na gatunki, lata produkcji czy twórców. Panie i panowie, oto moi najlepsi z najlepszych:

10. Dwunastu gniewnych ludzi (1957, reż. Sidney Lumet)
 




Film absolutnie ponadczasowy, mimo iż w przyszłym roku minie już sześćdziesiąt lat od jego premiery. Przed pierwszym seansem byłem nastawiony dość sceptycznie: „no jak to, półtora godziny rozmów dwunastu członków ławy przysięgłych, w dodatku w jednym pomieszczeniu? I tak przez cały film?”. A jednak. Dzieło Sidney'a Lumeta, który stał się z czasem jednym z moich ulubionych reżyserów urzeka, hipnotyzuje i paradoksalnie trzyma w napięciu przez cały seans. Dyskusje pomiędzy przysięgłymi są gwałtowne, często ironiczne, ale i bardzo emocjonujące. Pierwsze skrzypce gra tu rewelacyjny Henry Fonda, tak zwany „Number 8.”. To on jako jedyny wątpi w oczywistą, jak wydaje się wszystkim na początku, winę oskarżonego i próbuje przekonać resztę do swoich racji. Robi to w na tyle przekonujący sposób, że co poniektórzy zaczynają zmieniać zdanie...
Film nakręcony został w całości w kolorze czarnym i białym, co tylko dodaje dziełu nieco mrocznego i niepokojącego klimatu. Jeżeli więc jesteście spragnieni dobrych dialogów, wysokiego poziomu aktorstwa i statycznej, ale wcale nie spokojnej akcji, jak najszybciej nadróbcie zaległości!

9. Aż poleje się krew (2007, reż. Paul Thomas Anderson)



Od razu zdradzę, że jest to najmłodszy film w zestawieniu, a jednocześnie magnus opum P. T. Andersona, który postanowił nakręcić dzieło ciężkostrawne, ale figurujące w menu jako danie najdroższe i najbardziej ekskluzywne. Za największą siłę „There will be blood” uważam fenomenalne aktorstwo, a wyczyny Daniela Day-Lewisa to prawdziwy Mount Everest budowania postaci. Jego Daniel Plainview to nie tylko znakomity i inteligentny przedsiębiorca, ale także dążący po trupach do celu, bezkompromisowy tyran, który nie boi się brudu, ciężkiej pracy czy nawet połamanych kończyn. Day-Lewis swoją rolą potwierdził tylko niebywałą klasę, a oscar za pierwszoplanową rolą męską był na tyle oczywisty, że producenci nakręconego w tym samym roku „To nie jest kraj dla starych ludzi”, postanowili zgłosić zawczasu również fenomenalnego Javiera Bardema do kategorii „najlepszy aktor drugoplanowy”.
Chociaż tak jak napisałem wcześniej, nie jest to film łatwy ani przyjemny, wszystkim miłośnikom kina opierającego się na budowie postaci i ciężkiego, wręcz przytłaczającego klimatu, zdecydowanie polecam.

8. Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia (2001, reż. Peter Jackson)



Arcydzieło fantasy, dzięki któremu nie tylko zacząłem oglądać więcej produkcji fabularnych, ale też po raz pierwszy sięgnąłem po książkę, która nie była wciskaną na siłę lekturą. I choć powieść Tolkiena cenię wyżej, filmowa ekranizacja „Drużyny Pierścienia” broni się praktycznie sama. Temat został potraktowany z ogromnym szacunkiem i niezwykłą dbałością o szczegóły, a stworzone przez grupę niesamowitych fachowców Śródziemie to jeden z najlepiej przedstawionych światów w historii kina. Mamy tu między innymi malowniczy kraj hobbitów, Shire; piękne, ale tajemnicze Rivendell, w którym rządzi jeden z najpotężniejszych elfów, Elrond; natrafimy tu również na przerażający, zdominowany przez czarodzieja Sarumana Isengaard, czy w końcu demoniczny Mordor, siedzibę najgorszego z najgorszych – Saurona. Śledząc wędrówkę dzielnego hobbita Froda wraz z przydzielonymi mu kompanami, w pełni identyfikujemy się z każdym członkiem bractwa pierścienia, a emocje, które wprost wylewają się z ekranu, udzielają się również i nam.
Aż trudno uwierzyć, że od premiery tego fantastycznego dzieła minęło już 15 lat.

7. Ojciec Chrzestny (1972, reż. Francis Ford Coppola)



 O tym filmie napisano już wszystko. Zwykle zajmuje pierwsze miejsce we wszelkiego rodzaju rankingach, powszechnie jest uważany za największe arcydzieło filmowe w historii kina. I chociaż w moim zestawieniu zajmuje „dopiero” siódme miejsce, ciężko dobrać mi odpowiednie słowa, które w pełni oddadzą wielkość obrazu Coppoli. Począwszy od fenomenalnego aktorstwa (Al Pacino, Robert Duvall, James Caan, no i oczywiście Marlon Brando, który w roli Vito Corleone zapisał się w historii jako najlepsza kreacja w dziejach kina), poprzez przepiękną oprawę (genialna muzyka Nino Roty, niesamowite zdjęcia oraz mistrzowski jak na tamte czasy montaż), aż po niezwykle wciągającą fabułę, która nie tylko w bardzo interesujący i realistyczny sposób pokazuje schemat funkcjonowania mafii na podstawie dziejów rodziny Corleone, ale również przestrzega przed ogromnym ryzykiem, jakie płynie z prowadzenia ciemnych interesów.
Ze wstydem muszę przyznać, że nie czytałem jeszcze literackiego oryginału napisanego przez Mario Puzo, ale obiecuję, że mam w planach nadrobienie tej haniebnej zaległości.

6. Indiana Jones i ostatnia krucjata (1989, reż. Steven Spielberg)


Tuuuutuuutuuuu-tuuutuuuu-tuuutuuuutuuuuuuu-tuutuuutuuutuu! Któż nie zna tego kultowego motywu muzycznego, stworzonego przez Johna Williamsa? I choć za najlepszy film z klasycznej trylogii Indy'ego uważa się część pierwszą, „Poszukiwaczy zaginionej arki”, moje serce skradła właśnie odsłona trzecia. Niekończącymi się seansami zajechałem nie tylko kasetę, ale i głowicę w rodzinnym odtwarzaczu vhs, a wraz z tatą i bratem do dziś wspominamy nieśmiertelne cytaty, jakimi raczyli nas w trakcie projekcji genialny Harrison Ford (Henry Jones junior, zwany „Indym”) i niezwykle charyzmatyczny Sean Connery (Henry Jones senior). Magnus opum Stevena Spielberga, które jest ode mnie młodsze niespełna trzy tygodnie, to nie tylko kwintesencja kina przygodowego, ale i doskonałe zrównoważenie jego części składowych – jest tu miejsce na humor, akcję, napięcie, wzruszenie i przede wszystkim świetną zabawę. A wszystko podane w idealnych wręcz proporcjach.

5. Czas apokalipsy (1979, reż. Francis Ford Coppola)


Wciąż zastanawiam się, czy umieszczenie przeze mnie najlepszego filmu (około)wojennego w historii kina na miejscu piątym jest do końca subiektywne, niemniej niższa pozycja byłaby dla niego z pewnością krzywdząca. Mamy tu do czynienia z dziełem niezwykle ciężkim – jeżeli ktoś spodziewa się szybkiej akcji, potężnych scen batalistycznych i pompatycznych kwestii wypowiadanych przez bohaterów na środku pola walki, ten srogo się zawiedzie. „Czas apokalipsy” to raczej rozległe studium psychiki żołnierza (świetny Martin Sheen), wplątanego w piekło wojny w Wietnamie, spotykającego na swojej drodze multum absurdów, począwszy od szalonego pułkownika (genialny Robert Duvall), który kocha zapach napalmu o poranku, a skończywszy na poznaniu żołnierza-dezertera (oszałamiający Marlon Brando), z którego grupka szaleńców stworzyła swojego boga. Niesamowity klimat w trakcie seansu potęgują piękne kadry i niesamowita gra kolorów, której nie powstydziłby się sam Stanley Kubrick.
Film Coppoli to alegoryczna adaptacja „Jądra Ciemności” Josepha Conrada, która w niezwykle groteskowy sposób przedstawia absurd wojny i piętno, jakie jest w stanie odcisnąć na życiu człowieka pełniącego służbę w imię swej ojczyzny.

4. Chłopcy z ferajny (1990, reż. Martin Scorsese)


Nie „Ojca Chrzestnego”, lecz właśnie „Chłopców z ferajny” uważam za najlepszy film gangsterski, jaki kiedykolwiek powstał. Martin Scorsese (notabene mój ulubiony reżyser), zaprezentował tu bowiem życie przestępców bez dodawania jakichkolwiek upiększeń i zrezygnował ze sztucznej gloryfikacji świata przestępczego. W pewien sposób potwierdził to, co 18 lat wcześniej zaprezentował Coppola, który zdemitologizował obraz gangstera, jednak tutaj zrobił to w sposób znacznie bardziej brutalny i dosadny. Nie spotkamy u niego „zabijaków-robotów”, których nie tknie żadna kula – każdy może zginąć tego samego dnia z rąk rzekomego przyjaciela, z którym jeszcze rano jadł śniadanie. Dodając do świetnej fabuły kapitalne aktorstwo (Ray Liotta, Robert De Niro i grający życiową rolę, nagrodzony oscarem Joe Pesci) oraz wciągającą, dynamiczną narrację, otrzymujemy produkt typowy dla Marty'ego, jednak w tym przypadku flagowy i po dziś dzień niedościgniony.
Uwaga! Filmu nie polecam ludziom wrażliwym na krew i ludzką krzywdę, ukazaną na ekranie w dość realistyczny sposób.

3. Pulp Fiction (1994, reż. Quentin Tarantino)

Dzieła Quentina Tarantino albo się kocha albo nienawidzi i na pewno nie można przejść obok nich obojętnie. W każdym filmie stawia swój autorski stempel, który odciska w charakterystycznych dla siebie scenach, dzięki czemu od razu widać, z czyim pomysłem mamy do czynienia. To jednak „Pulp Fiction” uważam za największe dzieło reżysera urodzonego w Knoxville. Co więcej, twierdzę, że jest to najlepsza czarna komedia w historii kina i ogólnie jedno wielkie arcydzieło, skupiające w sobie mnóstwo gatunków. Na pytanie, co podoba mi się w tym filmie najbardziej, odpowiadam: „wszystko”. To co jednak wysuwa się na pierwszy plan, to ciekawy, niechronologiczny sposób poprowadzenia historii, kultowe i ponadczasowe dialogi, fantastyczne aktorstwo (brylują tu Samuel L. Jackson, John Travolta, Bruce Willis, Uma Thurman, Harvey Keitel czy Tim Roth) oraz bardzo ciekawe przemyślenia ukryte pod płaszczykiem rzekomo głupich dyskusji.
Sam Tarantino, tworząc pastisz produkcji gangsterskich (na co wskazuje już sam tytuł), nie spodziewał się chyba jak wielkie uznanie na świecie znajdzie jego drugi w karierze pełnometrażowy film. Niby kicz, niby prostota... a jednak. „Pulp Fiction” oglądałem co najmniej dwadzieścia razy i na pewno jeszcze nieraz się spotkamy.

2. Amadeusz (1984, reż. Miloš Forman)

Słuchając dzieł Mozarta przy jednoczesnym zapoznaniu się z jego historią, można stwierdzić tylko jedno – był to jeden z największych geniuszy w dziejach muzyki. Nie dziwi więc fakt, że poświęcony mu film również musiał prezentować jak najwyższy poziom. I chociaż nie jest to biografia wielkiego kompozytora, a raczej luźne zobrazowanie tego, jaki mógłby być na co dzień, dzieło Formana to absolutna perełka wśród produkcji traktujących o muzyce. Wydarzenia zawarte w filmie widzimy oczami Antonio Salieriego (genialny F. Murray Abraham), zdolnego twórcy-rzemieślnika, który nie może zrozumieć dlaczego Bóg dał wielki talent takiej osobie, jak właśnie Wolfgang Amadeusz Mozart (równie genialny Tom Hulce).
Oglądając niedawno „Amadeusza” po raz n-ty, wciąż zachwycałem się niesamowitą reżyserią, znakomicie wykreowanymi postaciami i zapierającymi dech fragmentami, jak chociażby wystawienie opery „Don Giovanni” czy wybitne wręcz zobrazowanie geniuszu Mozarta poprzez scenę pisania słynnego „Requiem”. Dla każdego muzyka jest to film absolutnie obowiązkowy, a kwestie padające w trakcie seansu na pewno zostaną na długo w głowie.

1. Gwiezdne Wojny – Imperium Kontratakuje (1980, reż. Irvin Kershner)


W zasadzie powinienem umieścić tu całą klasyczną trylogię „Star Wars”, gdyż traktuję te trzy filmy jako nierozerwalną całość i najwspanialsze przeżycie, jakie dostałem od kina w swojej dotychczasowej egzystencji. Jednak jeśli mam coś wyróżnić, to będzie to właśnie epizod piąty (według chronologii powstania drugi). „Imperium” uważam za dzieło kompletne, a także najlepsze możliwe połączenie filmu przygodowego i fantasy, dodatkowo umieszczonego w kosmosie. Nie jest to typowe sci-fi – każda planeta to odrębny, starannie zaprojektowany świat, w którym spotykamy oryginalną mieszankę „normalnych” ludzi i niezwykle charyzmatycznych stworzeń. No właśnie, czym byłyby „Gwiezdne Wojny” bez tej armii kultowych i znanych na całym świecie postaci? Darth Vader, Han Solo, Luke Skywalker, Leia Organa, C3P-O, R2-D2, Yoda, Obi-Wan Kenobi, Chewbacca, Imperator, Jabba The Hutt, Boba Fett itp. itd. Opisując wielkość marki „Star Wars” tak naprawdę należy zmierzyć się już nie z serią filmów, ale wręcz całą kulturą, jaka powstała na kanwie tej opowieści. Piękne jest to, jak ta łącząca pokolenia niesamowita przygoda wciąż odkrywa się przed kolejnymi widzami i nie pozwala o sobie zapomnieć, pomimo prawie czterdziestu lat od premiery „Nowej Nadziei”.
A samo „Imperium”? Mroczne, nieprzewidywalne, ze świetnym rozwinięciem mojej ulubionej postaci, mrocznego lorda Dartha Vadera i przede wszystkim najbardziej dojrzałe. I chociaż wciąż jest to film, który mogą oglądać zarówno młodsi, jak i starsi – jego uniwersalność i potęga marki stworzona przez grupę niesamowitych wizjonerów, sprawia iż za każdym razem, gdy opowiadam o „Gwiezdnych Wojnach”, przez moje ciało przechodzą dreszcze.

I tym sposobem udało się dotrwać do końca. Mój top jest oczywiście subiektywny i chociaż kocham wymienione powyżej filmy całym swoim sercem, nie wiem czy owe zestawienie powtórzyłbym, gdyby poproszono mnie o ocenę w pełni obiektywną. Jedno jednak jest pewne – gdyby któryś z opisanych dzisiaj obrazów nie zagościł w moim życiu, być może moja pasja do kina nie byłaby jeszcze tak rozwinięta.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk