Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 listopada 2016

Samodestrukcja czy samozadowolenie?


Stało się. Oto jeden z najsłynniejszych zespołów w historii muzyki wydał swoją dziesiątą (jeżeli nie liczyć wydawnictw typu Garage Inc. czy S&M) studyjną płytę. Jak na trzydzieści pięć lat działalności, to niezbyt dużo, łatwo można bowiem policzyć, że czwórka z San Francisco świeży materiał wydaje średnio raz na trzy i pół roku, a tym razem postanowiła pobić rekord i na nowy krążek kazała czekać fanom aż osiem wiosen. Czy Metallica, bo to o niej oczywiście mowa, wypuszczając album o niezbyt zachęcającej nazwie „Hardwired... To Self-Destruct", zdołała utrzymać się na powierzchni?
Przyznam się bez bicia – druga połowa moich nastoletnich lat upłynęła pod znakiem muzyki tego zespołu. Wraz z kolegą z ławki w liceum zasłuchiwaliśmy się w płytach Mety w nieskończoność, znając większość riffów, solówek i tekstów na pamięć. Podobnie jak znakomita część fanów na całym świecie, za najlepszy okres ich twórczości uważaliśmy pierwsze pięć płyt („Kill'em All", „Ride the Lightning”, „Master of Puppets”, „...and Justice for All” i „Metallica”, potocznie znana jako „Black Album”), jednak do powszechnie mniej lubianych „Load” i „Reload” podchodziliśmy z szacunkiem i zawsze coś dla siebie znaleźliśmy – bądź co bądź, jest to naprawdę solidny materiał hard-rockowy. Jedynie „St. Anger” uważaliśmy za pomyłkę, chociaż i tu nie było aż tak tragicznie, ze dwa-trzy kawałki dało się przesłuchać po kilka razy. Po drodze wpadło jeszcze solidne "Death Magnetic" i tak doszliśmy do roku 2016.
Po tylu latach, kiedy motyle już dawno uleciały z brzucha, a emocje związane z poznawaniem czegoś nowego również opadły, mogę stwierdzić, że Metallica to zespół niezwykle specyficzny, nie bez powodu budzący wręcz skrajne emocje. Z jednej strony można natrafić na prawdziwą armię fanatyków, dla której każdy gest Hetfielda i spółki to święto, za którego skrytykowanie trafi się z miejsca na sąd ostateczny, z drugiej – istnieje prawdziwa masa osób, która wytyka kapeli równie wielką masę minusów, które mają sugerować, jakobyśmy mieli do czynienia z najbardziej przereklamowanym bandem wszech czasów; a to komercja, a to śmierć Cliffa Burtona w 1986 r., która obdarła ich z kreatywności, a to walki Ulricha (którego, przy okazji, od lat określa się najgorszym perkusistą w show-biznesie) z Napsterem w latach 90-tych, a to słaba forma wokalna Hetfielda na występach live i takaż Kirka Hammetta (a w zasadzie Wahmetta – gitarzyści zrozumieją, o co chodzi), sztuczna zmiana wizerunku w latach dziewięćdziesiątych i jeszcze bardziej sztuczne zapowiadanie powrotu do korzeni ostatnimi czasy itp. itd. etc. Przyznam, że sporo w tym racji, jednego jednak nie można im odjąć – jest to nadal aktywna grupa, która wciąż posiada ogromne pokłady energii, daje znakomite koncerty na żywo, gdzie zawsze może liczyć na komplet widzów, i przede wszystkim cały czas istnieje. No dobra, miało być o nowej płycie, więc będzie o płycie.


Trzeba przyznać, że panowie z San Francisco postanowili nieco rozpieścić swoich fanów, dając im tym razem aż dwa krążki ze swoją muzyką. Czy było to zasadne, jeszcze się okaże; niemniej w sklepach można nabyć także edycję trzypłytową, wzbogaconą o jeden bonusowy numer, parę coverów oraz nagrań na żywo. Sama okładka szału nie robi – co gorsza, niektórym może przypominać koszmarka „Lulu”, wydanego pięć lat temu przy okazji współpracy z Lou Reedem, o którym dla własnego spokoju nawet nie będę wspominał. Wiadomo jednak, że po okładce się nie ocenia, to zawartość ma świadczyć o poziomie najnowszego wydawnictwa.
A poziom zły nie jest – można powiedzieć, że Metallica postanowiła nas zabrać na swego rodzaju podróż przez cały okres ich twórczości. Otwierające krążek „Hardwired” (pierwszy singiel z płyty) to szybka, mocna i brutalna thrashowa sieczka, na myśl przywodząca utwory z debiutanckiego „Kill'em All”, pełni też swoistą kontynuację ostatniego utworu na „Death Magnetic” – „My Apocalypse”. Tekst do zbyt ambitnych nie należy, jednak fanów starej Mety powinna zadowolić przede wszystkim warstwa muzyczna. Ciekaw jestem tylko, jak Lars zagra to na koncertach, bo to, że nie wyrobi tempa, jest więcej niż pewne, a z metronomem to ten pan raczej nigdy się nie lubił.
Utwór numer dwa – „Atlas, Rise!” to trzeci singiel, jaki został wypuszczony przed oficjalną premierą. Jest to utwór bardzo solidny, powiedziałbym nawet, że jeden z najlepszych na płycie, jednak ja tu w refrenie oraz części instrumentalnej (ok. 4:30) słyszę Iron Maiden! Gdybym poznał ten utwór w wersji bez wokalu Hetfielda, mógłbym przysiąc, że jest to numer w części napisany przez Steve'a Harrisa i spółkę. Może był to celowy „tribute” w stronę Maidenów, ja jednak przy pierwszym odsłuchaniu byłem dość skonsternowany.
Numer trzeci, „Now That We're Dead”, okazał się póki co moim ulubionym. Naprawdę zacnie wypada riffowy wstęp a'la utwory z Czarnego Albumu, połączony z bardzo ciekawym patentem perkusyjnym (!) – nie wiem, czy ktoś zagrał to za Ulricha, ale ta „wtryniająca się” podwójna stopa zaiste brzmi nieźle! Wokal Hetfielda brzmi tu jak wyjęty z czasów nagrywania Load i Reload, nawet jego charakterystyczne zaśpiewy przenoszą nas o 20 lat wstecz i przypominają chociażby  „Until It Sleeps”. Refren wpada w ucho, zostaje w głowie po przesłuchaniu, solo Hammetta spokojnie mogłoby znaleźć się na Black Album, a sam utwór jako całość nie nuży. Dobra robota, panowie!
„Moth Into Flame” czyli numer cztery, to także singiel numer dwa z tejże płyty. Wstęp łudząco przypomina utwory z „Death Magnetic”, więc podejrzewam, że był nagrywany dość dawno. Tak naprawdę całość cały czas coś tu „przypomina”, z wyjątkiem refrenu; duet wokalny Hetfield – Trujillo wypada zaskakująco dobrze i aż chce się z nimi wspólnie śpiewać. Delikatnie jednak mówiąc, nie szaleję za tym utworem – chyba pierwszy raz na tej płycie można poczuć, że numer został na siłę wydłużony. Cztery i pół minuty absolutnie by wystarczyło.
Numer pięć, „Dream No More” to z kolei znów wycieczka w przeszłość o ponad dwadzieścia lat. Wstęp brzmi niczym riff wyjęty z płyty „...and Justice For All”, a przepuszczony przez efekt wokal Hetfielda to z kolei „Reload” jak żywy. Skojarzyło mi się z „Where The Wild Things Are” z tegoż właśnie albumu. Utwór jako całość jest ciężki, utrzymany w średnim tempie i przez cały czas ewidentnie próbuje przenieść nas w czasie. Dla mnie osobiście jest to całkiem miła wycieczka, jednak ponownie mam zastrzeżenia co do długości – znów odjąłbym minutę i byłoby cacy.
Utwór zamykający pierwsze CD, czyli „Halo On Fire” to bardzo ciekawe połączenie riffowania a'la „Death Magnetic” oraz ponownie utworów z czasów „Load” i „Reload”. W zwrotce po raz pierwszy słyszymy gitary w barwie czystej, a Hetfield znów przeniósł nam się w czasie o przynajmniej dwadzieścia lat. Refren to z kolei chyba jeden z najlepszych momentów na całej płycie. Jest ciężki i dynamiczny, świetnie wpada w ucho, w tle pięknie grają gitary, a wokalna ekspresja Jamesa może się podobać. Słychać tu momentami mały „tribute” dla samego Black Sabbath.


Przesłuchanie krążka numer jeden idzie dość szybko. Zdarzają się chwilowe dłużyzny, jednak same utwory są zapamiętywalne i widać, że panowie przyłożyli się do roboty. Czy jednak to samo mogę powiedzieć o CD numer 2? „Confusion”, czyli numer otwierający, jak sama nazwa wskazuje, mówi o zakłopotaniu i w takie same zakłopotanie wprowadza. Kawałek jest nagrany poprawnie, ponownie fajnie brzmią partie wspólnie śpiewane przez Jamesa i Roberta, ale jako całość nie porywa. Riff, chociaż mocny, tym razem nie wpada aż tak w ucho, a zastosowane tu patenty znów „coś przypominają”. Że już nie wspomnę o przynajmniej dwóch minutach muzyki za dużo. Trochę na myśl przychodzą zapełniacze z „Load” i „Reload”.
„Manunkind”, numer dwa, to chyba najciekawiej rozpoczynający się utwór na całym albumie. Od razu przypomina się „My Friend of Misery”, ale także charakterystyczne basowe wstępy Steve'a Harrisa z Iron Maiden wraz z prowadzącym z nim dialog Dave'm Murray'em. Po chwili jednak, gdy klimat się zmienia i przełączamy tryb na „metal”, znów jest... nudno. Kawałek mocno przypomina „The Judas Kiss” z poprzedniej płyty, zwłaszcza w refrenie. Chociaż panowie starali się nagrać coś ciekawego, w tym właśnie momencie słuchacz może zacząć się niecierpliwić. A to dopiero ósmy z dwunastu utworów na całym albumie.
„Here Comes Revenge” zaczyna się ciekawie – słychać tu „...and Justice For All”, później mamy typowe przejścia charakterystyczne dla Metalliki, zwrotkę w stylu „Death Load Magnetic” i wyjątkowo słaby refren. Chciałbym napisać o tym kawałku naprawdę coś pozytywnego, może gdyby został umiejscowiony na płycie wcześniej, jego odbiór byłby nieco lepszy, jednak po blisko godzinie słuchania, aż chciałoby się żeby z głośników poleciała jakaś ballada albo chociażby utwór instrumentalny (jeden motyw mocno zresztą przypomina tu „Suicide & Redemption” z poprzedniego albumu), a nie znów to samo. Za co ta zemsta, panowie?
Numer cztery (albo dziesięć), „Am I Savage?” znów daje nadzieję naprawdę ciekawym wstępem w stylu Iron Maiden. Następujący po nim riff jest solidny, zwrotka to znów klimaty a'la „Load-Reload” (Hetfield chyba dużo słuchał tych krążków w trakcie nagrywania), ale na szczęście pozytywnie zaskakuje refren. Przez chwilę brzmi nawet jak Dream Theater (!) na „Train of Thought”, a wykrzykiwane przez Jamesa „Am I savage?” zostaje w głowie. Chociaż kawałek znów jest przynajmniej o minutę za długi, daje nadzieję, że może jeszcze nie będzie tak źle?
„Murder One” wydaje się odpowiadać na to pytanie twierdząco. Wstęp jest naprawdę rewelacyjny – spokojnie mógłby znaleźć się na „...and Justice For All”. Riff daje radę, jest ciężki, ale też prosty i nieprzekombinowany, a Hetfield tym razem bardziej przypomina Jamesa już z XXI wieku, chociaż nadal wzorującego się na latach 90. Instrumentalna połowa również powinna się podobać. Gitarowe motywy wpadają w ucho, a solówka Hammetta jest wyrazista i przede wszystkim ma odpowiednią długość (chyba realizator w porę wyłączył mu jego wah-wah). Tego kawałka zapychaczem już nie nazwę.
Kiedy wydaje się, że dostaliśmy już wszystko, czego mogliśmy się spodziewać, nagle na sam koniec otrzymujemy prawdziwą bombę. „Spit Out The Bone” to potężna thrashowa jatka, która od razu przywodzi na myśl nieśmiertelne „Damage Inc.” z „Master of Puppets”, czy „Blackened” albo „Dyer's Eve' z „...and Justice for All”. Ja się pytam – dlaczego tak późno? Rozumiem, że w ten sposób panowie w pewien sposób oddali hołd samym sobie, umieszczając na samym końcu takiego hardkora, ale co poniektórzy mogą już do tego momentu zwyczajnie nie dotrwać. Sam utwór na pewno zadowoli najbardziej zagorzałych fanów i jeżeli do tej pory nie podobało się im na tym albumie nic, „Spit Out The Bone” będzie pozytywnym wyjątkiem. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wbił szpilki pewnemu duńskiemu perkusiście. Panie Lars – powiedz nam, jak zamierzasz odtworzyć to na żywo w tempie? No tak, pewnie reszta się nad Tobą zlituje i w ogóle tego grać nie będziecie...

Czy Ci panowie są jeszcze w stanie czymś nas zaskoczyć?
Od lewej: Kirk Hammett, Lars Ulrich, Robert Trujillo, James Hetfield.
Źródło: www.metalinjection.net
„Hardwired... To Self-Destruct” to całkiem porządna pozycja na rynku ciężkich brzmień. Jednak fakt, że jest to twórczość tak legendarnego zespołu, jak Metallica, od razu każe patrzeć na siebie bardziej krytycznym okiem. Mamy tu naprawdę dobre momenty – większość CD 1 nadaje się do wielokrotnego słuchania i chociaż nie jest niczym rewolucyjnym w świecie ciężkich brzmień, wielu słuchaczy tego typu klimatów zadowoli. Końcówka krążka drugiego to także kawał solidnego mięcha, a ostatnie minuty to naprawdę niesamowita kanonada i miód na uszy fanów „prawdziwej Metalliki”. Gdyby jednak zależało to tylko ode mnie, wyrzuciłbym z albumu utwory nr 1, 2, 3 i 4 z CD 2, a „Murder One” i „Split Out The Bone” umieścił na CD 1, i w ten sposób otrzymalibyśmy jeden spójny i naprawdę dobry, a nawet bardzo album. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że wówczas mógłby on konkurować z najlepszymi dokonaniami Metalliki z lat osiemdziesiątych. Na tę chwilę oceniam go minimalnie wyżej niż „Death Magnetic” i fanom Hetfielda i spółki oczywiście polecam – być może po wielokrotnym przesłuchaniu odkryjecie na nim coś nowego, a utwory które mi nie przypadły do gustu, Wam się akurat spodobają.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

niedziela, 30 października 2016

Muzyka filmowa – mój TOP 20

Czasy, gdy film jedynie przenosił teatr na wielki ekran, minęły bezpowrotnie. Dziś nikt nie wyobraża już sobie kina bez pięknych zdjęć, profesjonalnego montażu, zapierającej dech w piersiach scenografii, a przede wszystkim jednej z wciąż najbardziej nieodgadnionych dziedzin sztuki, oddziałującej na wszystkie ludzkie zmysły muzyki. Najlepsi kompozytorzy potrafią nie tylko stworzyć melodie, które w doskonały sposób współgrają z danymi scenami w filmie, ale także spowodować, że stworzone przez nich dźwięki niejako zaczynają żyć odrębnym życiem.

Dzisiejsze zestawienie miało pierwotnie zawierać dziesięć najpiękniejszych kompozycji filmowych, jakie według mnie kiedykolwiek powstały. Stwierdziłem jednak, że ograniczając się do takiej liczby, pominę wiele wspaniałych melodii, których brak uznałbym za okrutną niesprawiedliwość. Tym razem zrobię więc wyjątek i swą listę rozszerzę do aż dwudziestu pozycji. Myślę, że w żaden sposób nie zaważy to na jakości notki, za to pozwoli wielu osobom zapoznać się z niesamowitymi kompozycjami, które być może zagrają im równie pięknie, jak od lat grają mojemu sercu. Muszę szczerze przyznać, że wybierając motywy muzyczne, które postanowiłem dzisiaj umieścić, parę razy zakręciła mi się łezka w oku.

Nie mógłbym zapomnieć jeszcze o jednej ważnej kwestii, która sprawia, iż większość z nas często nieświadomie popełnia błąd, gdy mówi o kompozycjach w filmie. „Muzyka filmowa", z angielskiego score, to inaczej akompaniament ilustracyjny, który pojawia się jako tło obrazu i często nie wydaje się go nawet na osobnej płycie CD. Za jego stworzenie jest odpowiedzialny wybrany przez producenta kompozytor, a przy okazji wręczania nagród efekty jego pracy zgłasza się do kategorii „najlepsza muzyka oryginalna". „Ścieżka dźwiękowa", czyli „soundtrack" lub „ost", to z kolei lista utworów, które zostały w całości lub częściowo włączone do ogólnej warstwy muzycznej danego filmu. Te najbardziej zapadające w pamięć nagradza się w kategorii „najlepsza piosenka".

Stwierdzając powyższe, ze spokojem sumienia i niekłamaną przyjemnością prezentuję więc osobiste TOP 20 muzyki filmowej:
 
20. Przeminęło z wiatrem (1939, muz. Max Steiner)


 Wielka duma Hollywood. Protoplasta dzieł tworzonych z wielkim rozmachem, ponadczasowy czterogodzinny melodramat, film, który niespełna osiemdziesiąt lat temu potrafił zarobić prawie czterysta milionów dolarów. Nieprędko zostanie wymazany z pamięci, tak jak i piękna muzyka Maxa Steinera.

19. Powrót do przyszłości (1985, muz. Alan Silvestri)


 Klasyka filmu przygodowego. Któż z nas nie chciał wybrać się w wielką podróż z Martym McFly'em? I któż nie nucił tego ponadczasowego motywu autorstwa Alana Silvestriego?

18. Lawrence z Arabii (1962, muz. Maurice Jarre)


Kolejny klasyk Hollywood i kolejny piękny motyw muzyczny. Maurice Jarre (zbieżność nazwisk z Jean Michelem nieprzypadkowa!) dał się poznać w Fabryce Snów jako kompozytor, który idealnie obrazował w sposób muzyczny to, co widać w danej chwili na ekranie. W melodiach z Lawrence'a" idealnie słychać klimaty Bliskiego Wschodu i niemiłosiernie palących piasków pustyni.

17. Terminator 2: Dzień sądu (1991, muz. Brad Fiedel)


Zestaw kompozycji, dzięki którym pokochałem brzmienie syntezatorów. W żadnym innym filmie nie została chyba tak doskonale zobrazowana muzycznie nadchodząca zagłada. Sam film to natomiast mistrzowskie połączenie sci-fi i kina akcji z postapokaliptycznym tłem.

16. American Beauty (1999, muz. Thomas Newman)


Małe zaskoczenie? Nie bez powodu wrzuciłem też dwa motywy muzyczne pochodzące z tego filmu. Uważam, iż Thomas Newman to jeden z najbardziej niedocenionych kompozytorów w Hollywood. Jego melodie w niesamowity sposób zgrywają się z obrazem i wprowadzają widza w nostalgiczny, pełen zadumy nastrój. American Beauty" to wręcz flagowy przykład klasy tego artysty.

15. Rydwany ognia (1981, muz. Vangelis)


Gdyby nie ta legendarna scena i jeszcze bardziej legendarny motyw muzyczny, o filmie Hugh Hudsona nikt by nawet nie pamiętał. Sama produkcja jest przeciętna i mocno przereklamowana, niemniej to, co zrobił Vangelis, komponując muzykę, to prawdziwe arcydzieło.

14. Titanic (1997, muz. James Horner)


Niech rzuci kamieniem ten, kto nie płakał na Titanicu"! Słysząc tę piękną melodię, stworzoną przez zmarłego w ubiegłym roku Jamesa Hornera, od razu przed oczami stają wzruszające sceny z tego niezwykłego i stworzonego z ogromnym rozmachem katastroficznego melodramatu. A jak doda się jeszcze Celine Dion, śpiewającą „My Heart Will Go On"...

13. Seria Piraci z Karaibów (od 2003, muz. Klaus Badelt, Hans Zimmer)

Długo zastanawiałem się, czy muzyka z „Piratów", w dodatku stworzona częściowo przez Klausa Badelta, a częściowo przez Hansa Zimmera, zasługuje na tak wysokie miejsce wśród najlepszych kompozycji w historii kina, zwłaszcza iż same filmy z każdą kolejną częścią są coraz gorsze. Stwierdziłem jednak, że nie ma chyba innej melodii na świecie, która tak bardzo pasowałaby do motywów morskich i pirackich. Ahoj!

12. Szczęki (1975, muz. John Williams)


Pierwsze i nie ostatnie spotkanie z Johnem Williamsem. Jeden z najbardziej złowieszczych motywów w historii kina, który jak ulał pasuje do sceny ataku morderczego rekina. A pomyśleć, że reżyser Szczęk", Steven Spielberg, myśląc nad kształtem muzyki w swoim filmie, jedynie poprosił Williamsa, żeby po prostu zagrał coś, co kojarzy mu się z mrokiem i skradaniem"...

11. Requiem dla snu (2000, muz. Clint Mansell)


Główny temat muzyczny jest równie wstrząsający, co fabuła filmu. Od początku do końca obejmuje twardym uściskiem, dusi, a gdy już puszcza... zostaje w głowie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Coś niesamowitego.

10. Dobry, zły i brzydki (1966, muz. Ennio Morricone)


Ennio Morricone to prawdziwa legenda wśród kompozytorów i nie ma co się temu dziwić, gdy posłucha się chociażby The Ecstasy of Gold" ze słynnego spaghetti westernu „Dobry, zły i brzydki" w reżyserii Sergio Leone. Za samą rekomendację wystarczy fakt, iż słynny metalowy zespół Metallica od wielu lat na swoich  koncertach zawsze puszcza ten motyw przed wejściem na scenę.

9. Park Jurajski (1993, muz. John Williams)


John Williams po raz drugi. Nieśmiertelna muzyka z nieśmiertelnego filmu. Widok poruszającego się brachiozaura w rytm przepięknego motywu przewodniego po dziś dzień zapiera dech w piersiach i pozwala za każdym razem poczuć się jak dziecko.

8. Seria James Bond (od 1962, muz. Monty Norman, James Barry)


Chociaż nie jestem fanem większości filmów o agencie 007, to już muzykę, jaką skomponowali Monty Norman i James Barry, zalicza się do prawdziwej klasyki kina. Motyw przewodni to z kolei jeden z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów instrumentalnych w historii kinematografii.

7. Misja (1986, muz. Ennio Morricone)


Muzykę Ennio Morricone w tym filmie można określić tylko jednym słowem – piękna! Niesamowite jest to, jak ten kompozytor genialnie potrafi wyczuć klimat i przesłanie filmu, a dzięki melodiom, jakie tworzy, jeszcze bardziej podnosi wartość obrazu.

6. Braveheart (1995, muz. James Horner)


Nie „Titanic", a właśnie „Braveheart" Mela Gibsona stanowi szczytowe osiągnięcie Jamesa Hornera. Muzyka jest nie tylko piękna, ale i rewelacyjnie współgra z przesłaniem filmu oraz jego naczelnym słowem – „wolność". Słuchając motywu przewodniego naprawdę można poczuć się lekkim jak ptak.

5. Gladiator (2000, muz. Hans Zimmer)


Rzadko zdarza mi się przesłuchać ten motyw bez uronienia łzy. A jeszcze trudniej jest to zrobić w trakcie oglądania filmu. Hans Zimmer stworzył coś wspaniałego, cudownego i jedynego w swoim rodzaju. Brak Oscara w kategorii „najlepsza muzyka oryginalna" za rok 2000 to prawdziwy skandal!

4. Trylogia Ojciec Chrzestny (od 1972, muz. Nino Rota)


Kompozycja równie legendarna co sam film. Słysząc muzykę z „Ojca Chrzestnego", od razu widzę przed oczami eleganckich panów w garniturach, Sycylię, Amerykę lat 30-tych itp. Trzeba ogromnego talentu i niesamowitego zmysłu, aby tak pięknie połączyć obraz z dźwiękiem, jak zrobił to Nino Rota.

3. Seria Indiana Jones (od 1981, muz. John Williams)




Trzecie miejsce, trzy kompozycje i John Williams po raz trzeci. Słysząc główny motyw, użyty po raz pierwszy w „Poszukiwaczach zaginionej Arki", nie sposób się nie uśmiechnąć. To prosta, wpadająca w ucho melodia, od razu przywodząca na myśl przygodę i nieodgadnione tajemnice tego świata. Jednak „Indiana Jones" to nie tylko wesoły pan w kapeluszu. To także mnóstwo przeciwności, ogrom ryzyka i stawanie oczy w oczy z najgorszymi ludźmi na ziemi. Słychać to także w niesamowitych kompozycjach Williamsa.

2. Trylogia Władca Pierścieni (od 2001, muz. Howard Shore)


Muzyka z trylogii „Władcy Pierścieni" jest tak genialna, że publikowanie zaledwie trzech kompozycji to ledwie źdźbło w ogromnym trawniku, że tak to obrazowo ujmę, wspaniałych melodii, jakie stworzył Howard Shore. We wpisie sprzed tygodnia poczyniłem już uwagę, jak rewelacyjnie stworzonym światem okazało się filmowe Śródziemie. Motywy muzyczne miały w tym wielki, a wręcz kluczowy udział. Serdecznie polecam zapoznać się z całym score z trylogii Petera Jacksona - można się zatracić!

1. Seria Gwiezdne Wojny (od 1977, muz. John Williams)

 


Czy mogło być inaczej? Ukochana muzyka z ukochanej serii filmów stworzona przez najlepszego kompozytora w dziejach Hollywood. Do dziś pierwsze takty „Marszu imperialnego" powodują, że przez całe moje ciało przechodzą dreszcze, a na dźwięk motywu głównego od razu podrywam się i przebudzam. 

Mam nadzieję, że ta krótka podróż przez najpiękniejsze kompozycje w historii kina była dla Was przyjemnością. Ze swojej strony mogę zapewnić, że tematyka muzyki w filmie na pewno jeszcze nieraz na moim blogu się pojawi.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk