środa, 28 grudnia 2016

Żegnaj księżniczko!

Źródło: www.starwars.com

Rok 2016 nie był łaskawy dla świata gwiazd z pierwszych stron gazet. Pożegnaliśmy w nim między innymi takie legendy jak Natalie Cole, David Bowie, Alan Rickman, Keith Emerson, Prince, Muhammad Ali, Kenny Baker, Gene Wilder, Andrzej Wajda, Leonard Cohen czy Greg Lake. Niektórzy z nich zmarli z przyczyn naturalnych, podczas gdy inni odeszli po przegranej walce ze śmiertelną chorobą. Wyjątkowo brutalny okazał się jednak czas świąteczny. Najpierw w pierwszy dzień świąt gruchnęła wieść o tragicznej śmierci prawie wszystkich muzyków legendarnego Chóru Aleksandrowa, którzy zginęli w katastrofie lotniczej. Nie minęły dwadzieścia cztery godziny, a wiadomością numer jeden w większości portali stał się zgon George'a Michaela. Niestety, na tym się nie skończyło. Kiedy wracałem pociągiem ze świątecznych wojaży, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie kolejna fatalna informacja: „Nie żyje Carrie Fisher, odtwórczyni legendarnej Księżniczki Lei z sagi „Gwiezdne Wojny".
Wiadomo, że każdy z nas kiedyś odejdzie – życie na tej ziemi nie jest wieczne i nie ma od tej reguły wyjątku. Śmierć gwiazdy wielkiego formatu często boli, gdyż niejednokrotnie jest to osoba, która inspirowała całe rzesze ludzi w wielu zakątkach tego świata i chociaż zazwyczaj nie miała okazji poznać się z większością swoich fanów, to w pewien sposób stawała się częścią ich życia, czy to przez wielokrotne odtwarzanie jej utworów, częstą obecność na ekranie telewizora, czy nawet wizerunek na plakacie w pokoju. Muszę przyznać, że informacja o śmierci Carrie Fisher wstrząsnęła mną najbardziej – w końcu dołożyła ona niezwykle istotną cegiełkę do budowy świata, który zajął w moim życiu niezwykle ważne miejsce.
Carrie Fisher urodziła się 21 października 1956 roku w Beverly Hills; jej ojcem był Eddie Fisher, a matką słynna Debbie Reynolds, znana głównie z roli w „Deszczowej Piosence". W wieku siedemnastu lat zadebiutowała w teatrze jako tancerka i chórzystka, a pierwszą rolę na dużym ekranie otrzymała w 1975 r. w komedii romantycznej „Szampon". Z pewnością nie zdawała sobie jeszcze wówczas sprawy, jak diametralnie odmieni się jej życie po upływie zaledwie dwóch lat.

Od lewej: Mark Hamill, Carrie Fisher, Harrison Ford.
 
Rok 1977 przyniósł ze sobą premierę pierwszej odsłony najbardziej kultowej trylogii filmowej w historii kina. „Gwiezdne Wojny", które otrzymały później podtytuł „Ep. IV – Nowa Nadzieja", okazały się ogromnym hitem w kinach na całym świecie – zdjęcia kilometrowych kolejek do kas biletowych przeszły do legendy, a dzieło George'a Lucasa trafiło na pierwsze miejsce najbardziej dochodowych filmów w historii kina, zostawiając konkurencję daleko w tyle. Wielki udział w tym sukcesie miała właśnie Carrie Fisher, której przypadła w udziale rola księżniczki Lei Organy, jednej z trzech najważniejszych postaci filmu. Praktycznie anonimowa dwudziestoletnia aktorka znakomicie sobie poradziła, grając u boku Marka Hamilla (Luke Skywalker) i wschodzącej gwiazdy Hollywood, Harrisona Forda (Han Solo). Leia w jej wykonaniu to niezwykle wyrazista, charakterna i bezkompromisowa postać; choć jest urodziwą księżniczką – bliżej jej raczej do rebeliantki, która dobrze czuje się w zbroi. Świetnie radzi sobie z blasterem, nieobce są jej pościgi i ucieczki, potrafi nazwać Chewbaccę „chodzącym dywanem" – krótko mówiąc, nie daje sobie w kaszę dmuchać i nawet sam Han Solo, chociaż nie szczędzi jej kąśliwych uwag, jest pod wrażeniem temperamentu księżniczki i ani myśli śmiać się z jej dość oryginalnej fryzury. Pomimo twardego charakteru, od czasu do czasu odkrywa również swoją wrażliwą stronę – jest niezwykle wierna wobec Rebelii, wrażliwa na krzywdę przyjaciół, a nawet potrafi się zakochać. Jej romans z Hanem w „Imperium Kontratakuje", oparty na lawinie uczuciowych pyskówek, to jeden z najlepszych wątków miłosnych, jakie pojawiły się kiedykolwiek w Hollywood.
Niestety, pomimo wielkiej popularności, jaką zyskała za sprawą „Nowej Nadziei", w życiu osobistym Carrie Fisher co rusz pojawiały się mniejsze i większe burze. Zaczęła nadużywać narkotyków i alkoholu, a pomimo ponownie świetnie przyjętej roli Lei we wspomnianej kontynuacji „Gwiezdnych Wojen" („ep. V - Imperium Kontratakuje") oraz udziału w słynnej komedii „Blues Brothers", w tym samym roku (1980) stwierdzono, że nie nadaje się do gry aktorskiej. Zapisała się na kurację odwykową, a jakby było tego mało, zdiagnozowano u niej chorobę afektywną dwubiegunową. Jakimś cudem udało jej się zagrać Leię, ponownie w sposób przekonujący (do legendy przeszło jej niewolnicze, złote bikini), po raz trzeci w "Powrocie Jedi" (1983). W tym samym roku poślubiła słynnego muzyka Paula Simona (niestety, ich małżeństwo przetrwało ledwie osiem miesięcy), jednak jej kariera aktorska ewidentnie uległa załamaniu. W czasie gdy jej starszy kolega z planu, Harrison Ford, stawał się jednym z najbardziej pożądanych artystów w całym Hollywood, ona kończyła odwyk. W trakcie kuracji poddawała się nawet elektrowstrząsom, po czym... postanowiła skupić się na pisaniu. Na bazie pozostałości wspomnień (jak twierdziła, część z nich bezpowrotnie utraciła) postanowiła napisać spektakl oraz autobiografię. Pogodziła się z chorobą, z której potrafiła nawet żartować, i daleko jej było do obwiniania o swoje nałogi rodziców, jednak na wielkim ekranie występowała sporadycznie i zwykle w mało istotnych rolach. W jej filmografii ze znanych tytułów można odnaleźć „Hannah i jej siostry", czy „Kiedy Harry poznał Sally", jednak już nigdy więcej nawet nie zbliżyła się do wielkości, którą dała jej rola Lei. Życie osobiste okazało się pasmem porażek, jednak ukończona w 1990 roku biografia „Postcards from the Edge" zyskała uznanie w oczach krytyków, a Fisher została laureatką Los Angeles Pen Award za debiut książkowy. To właśnie na podstawie tej pozycji został nakręcony film „Pocztówki znad krawędzi" z Gene Hackmanem, Meryl Streep i Shirley MacLaine w rolach głównych.
W latach 90-tych i pierwszej dekadzie XXI wieku próżno było szukać jakichkolwiek informacji o jej życiu. Sporadycznie można było przeczytać na temat jej załamania nerwowego, powrotu do używek i pogłębiającej się chorobie, jednak sama w mediach pojawiała się bardzo rzadko. Pech chciał, że kiedy znów pojawiła się na wielkim ekranie w 2015 r. w swojej etatowej roli (Leia po przejściach w filmie "Gwiezdne Wojny, ep. VII – Przebudzenie Mocy") i wydawało się, że znów może być o niej głośno, jej serce postanowiło bić coraz wolniej i po roku odmówiło posłuszeństwa. W przedzień wigilii, pod koniec lotu z Londynu do Los Angeles, gdzie miała promować swoją najnowszą książkę „The Princess Diaries", doznała rozległego ataku serca i trafiła na intensywną terapię. Pomimo optymistycznych wieści w trakcie świąt, 27 grudnia 2016 roku cały świat obiegła straszliwa wiadomość – „Carrie Fisher zmarła w wieku 60 lat".

Źródło: http://www.fahrenheit.net.pl

Tak jak pisałem we wstępie, śmierć czeka każdego z nas i nikt przed nią nie ucieknie. Jednak odejście takich osób jak Carrie Fisher jakoś wyjątkowo boli. Gdy widzi się, jakim potencjałem dysponowała ta aktorka i jak wielką sympatią darzono ją na całym świecie, a jednocześńie jak sama zupełnie nie potrafiła sobie poradzić ze sławą, pozostaje wielki żal i współczucie. Uczucia te potęgują zwłaszcza ostatnie, dość udane jak na ostatnie trzy dekady, lata jej kariery. Nowa książka, rola w „Przebudzeniu Mocy" i... króciutki epizod w najnowszym „Rogue One". Nie chcę zdradzać o jaką scenę chodzi, jednak kto widział film i niedługo po premierze dowiedział się o śmierci Carrie, ten na pewno przeżył chwilę zadumy. Odeszła od nas kobieta nietuzinkowa – osoba, która z jednej strony stworzyła jedną z najbardziej kultowych postaci żeńskich w historii kina, a z drugiej co chwilę przegrywała walkę ze swomi własnymi demonami. Świat o tym nie wiedział, bo zawsze patrzył na nią przez pryzmat pięknej księżniczki z legendarnej sagi, nawet gdy jej młodzieńczy wdzięk już dawno uleciał. Kondolencje napływające z całego świata pokazują, jak mocno jej postać wszczepiła się w kulturę masową. Nie zobaczymy już Carrie w żadnej filmowej roli, nie przeczytamy ani jednej nowo napisanej przez nią książki, jednak pozostanie w naszej pamięci tak długo, jak istnieć będzie legenda „Gwiezdnych Wojen". A jej kres przyjdzie nieprędko.
Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

piątek, 25 listopada 2016

Samodestrukcja czy samozadowolenie?


Stało się. Oto jeden z najsłynniejszych zespołów w historii muzyki wydał swoją dziesiątą (jeżeli nie liczyć wydawnictw typu Garage Inc. czy S&M) studyjną płytę. Jak na trzydzieści pięć lat działalności, to niezbyt dużo, łatwo można bowiem policzyć, że czwórka z San Francisco świeży materiał wydaje średnio raz na trzy i pół roku, a tym razem postanowiła pobić rekord i na nowy krążek kazała czekać fanom aż osiem wiosen. Czy Metallica, bo to o niej oczywiście mowa, wypuszczając album o niezbyt zachęcającej nazwie „Hardwired... To Self-Destruct", zdołała utrzymać się na powierzchni?
Przyznam się bez bicia – druga połowa moich nastoletnich lat upłynęła pod znakiem muzyki tego zespołu. Wraz z kolegą z ławki w liceum zasłuchiwaliśmy się w płytach Mety w nieskończoność, znając większość riffów, solówek i tekstów na pamięć. Podobnie jak znakomita część fanów na całym świecie, za najlepszy okres ich twórczości uważaliśmy pierwsze pięć płyt („Kill'em All", „Ride the Lightning”, „Master of Puppets”, „...and Justice for All” i „Metallica”, potocznie znana jako „Black Album”), jednak do powszechnie mniej lubianych „Load” i „Reload” podchodziliśmy z szacunkiem i zawsze coś dla siebie znaleźliśmy – bądź co bądź, jest to naprawdę solidny materiał hard-rockowy. Jedynie „St. Anger” uważaliśmy za pomyłkę, chociaż i tu nie było aż tak tragicznie, ze dwa-trzy kawałki dało się przesłuchać po kilka razy. Po drodze wpadło jeszcze solidne "Death Magnetic" i tak doszliśmy do roku 2016.
Po tylu latach, kiedy motyle już dawno uleciały z brzucha, a emocje związane z poznawaniem czegoś nowego również opadły, mogę stwierdzić, że Metallica to zespół niezwykle specyficzny, nie bez powodu budzący wręcz skrajne emocje. Z jednej strony można natrafić na prawdziwą armię fanatyków, dla której każdy gest Hetfielda i spółki to święto, za którego skrytykowanie trafi się z miejsca na sąd ostateczny, z drugiej – istnieje prawdziwa masa osób, która wytyka kapeli równie wielką masę minusów, które mają sugerować, jakobyśmy mieli do czynienia z najbardziej przereklamowanym bandem wszech czasów; a to komercja, a to śmierć Cliffa Burtona w 1986 r., która obdarła ich z kreatywności, a to walki Ulricha (którego, przy okazji, od lat określa się najgorszym perkusistą w show-biznesie) z Napsterem w latach 90-tych, a to słaba forma wokalna Hetfielda na występach live i takaż Kirka Hammetta (a w zasadzie Wahmetta – gitarzyści zrozumieją, o co chodzi), sztuczna zmiana wizerunku w latach dziewięćdziesiątych i jeszcze bardziej sztuczne zapowiadanie powrotu do korzeni ostatnimi czasy itp. itd. etc. Przyznam, że sporo w tym racji, jednego jednak nie można im odjąć – jest to nadal aktywna grupa, która wciąż posiada ogromne pokłady energii, daje znakomite koncerty na żywo, gdzie zawsze może liczyć na komplet widzów, i przede wszystkim cały czas istnieje. No dobra, miało być o nowej płycie, więc będzie o płycie.


Trzeba przyznać, że panowie z San Francisco postanowili nieco rozpieścić swoich fanów, dając im tym razem aż dwa krążki ze swoją muzyką. Czy było to zasadne, jeszcze się okaże; niemniej w sklepach można nabyć także edycję trzypłytową, wzbogaconą o jeden bonusowy numer, parę coverów oraz nagrań na żywo. Sama okładka szału nie robi – co gorsza, niektórym może przypominać koszmarka „Lulu”, wydanego pięć lat temu przy okazji współpracy z Lou Reedem, o którym dla własnego spokoju nawet nie będę wspominał. Wiadomo jednak, że po okładce się nie ocenia, to zawartość ma świadczyć o poziomie najnowszego wydawnictwa.
A poziom zły nie jest – można powiedzieć, że Metallica postanowiła nas zabrać na swego rodzaju podróż przez cały okres ich twórczości. Otwierające krążek „Hardwired” (pierwszy singiel z płyty) to szybka, mocna i brutalna thrashowa sieczka, na myśl przywodząca utwory z debiutanckiego „Kill'em All”, pełni też swoistą kontynuację ostatniego utworu na „Death Magnetic” – „My Apocalypse”. Tekst do zbyt ambitnych nie należy, jednak fanów starej Mety powinna zadowolić przede wszystkim warstwa muzyczna. Ciekaw jestem tylko, jak Lars zagra to na koncertach, bo to, że nie wyrobi tempa, jest więcej niż pewne, a z metronomem to ten pan raczej nigdy się nie lubił.
Utwór numer dwa – „Atlas, Rise!” to trzeci singiel, jaki został wypuszczony przed oficjalną premierą. Jest to utwór bardzo solidny, powiedziałbym nawet, że jeden z najlepszych na płycie, jednak ja tu w refrenie oraz części instrumentalnej (ok. 4:30) słyszę Iron Maiden! Gdybym poznał ten utwór w wersji bez wokalu Hetfielda, mógłbym przysiąc, że jest to numer w części napisany przez Steve'a Harrisa i spółkę. Może był to celowy „tribute” w stronę Maidenów, ja jednak przy pierwszym odsłuchaniu byłem dość skonsternowany.
Numer trzeci, „Now That We're Dead”, okazał się póki co moim ulubionym. Naprawdę zacnie wypada riffowy wstęp a'la utwory z Czarnego Albumu, połączony z bardzo ciekawym patentem perkusyjnym (!) – nie wiem, czy ktoś zagrał to za Ulricha, ale ta „wtryniająca się” podwójna stopa zaiste brzmi nieźle! Wokal Hetfielda brzmi tu jak wyjęty z czasów nagrywania Load i Reload, nawet jego charakterystyczne zaśpiewy przenoszą nas o 20 lat wstecz i przypominają chociażby  „Until It Sleeps”. Refren wpada w ucho, zostaje w głowie po przesłuchaniu, solo Hammetta spokojnie mogłoby znaleźć się na Black Album, a sam utwór jako całość nie nuży. Dobra robota, panowie!
„Moth Into Flame” czyli numer cztery, to także singiel numer dwa z tejże płyty. Wstęp łudząco przypomina utwory z „Death Magnetic”, więc podejrzewam, że był nagrywany dość dawno. Tak naprawdę całość cały czas coś tu „przypomina”, z wyjątkiem refrenu; duet wokalny Hetfield – Trujillo wypada zaskakująco dobrze i aż chce się z nimi wspólnie śpiewać. Delikatnie jednak mówiąc, nie szaleję za tym utworem – chyba pierwszy raz na tej płycie można poczuć, że numer został na siłę wydłużony. Cztery i pół minuty absolutnie by wystarczyło.
Numer pięć, „Dream No More” to z kolei znów wycieczka w przeszłość o ponad dwadzieścia lat. Wstęp brzmi niczym riff wyjęty z płyty „...and Justice For All”, a przepuszczony przez efekt wokal Hetfielda to z kolei „Reload” jak żywy. Skojarzyło mi się z „Where The Wild Things Are” z tegoż właśnie albumu. Utwór jako całość jest ciężki, utrzymany w średnim tempie i przez cały czas ewidentnie próbuje przenieść nas w czasie. Dla mnie osobiście jest to całkiem miła wycieczka, jednak ponownie mam zastrzeżenia co do długości – znów odjąłbym minutę i byłoby cacy.
Utwór zamykający pierwsze CD, czyli „Halo On Fire” to bardzo ciekawe połączenie riffowania a'la „Death Magnetic” oraz ponownie utworów z czasów „Load” i „Reload”. W zwrotce po raz pierwszy słyszymy gitary w barwie czystej, a Hetfield znów przeniósł nam się w czasie o przynajmniej dwadzieścia lat. Refren to z kolei chyba jeden z najlepszych momentów na całej płycie. Jest ciężki i dynamiczny, świetnie wpada w ucho, w tle pięknie grają gitary, a wokalna ekspresja Jamesa może się podobać. Słychać tu momentami mały „tribute” dla samego Black Sabbath.


Przesłuchanie krążka numer jeden idzie dość szybko. Zdarzają się chwilowe dłużyzny, jednak same utwory są zapamiętywalne i widać, że panowie przyłożyli się do roboty. Czy jednak to samo mogę powiedzieć o CD numer 2? „Confusion”, czyli numer otwierający, jak sama nazwa wskazuje, mówi o zakłopotaniu i w takie same zakłopotanie wprowadza. Kawałek jest nagrany poprawnie, ponownie fajnie brzmią partie wspólnie śpiewane przez Jamesa i Roberta, ale jako całość nie porywa. Riff, chociaż mocny, tym razem nie wpada aż tak w ucho, a zastosowane tu patenty znów „coś przypominają”. Że już nie wspomnę o przynajmniej dwóch minutach muzyki za dużo. Trochę na myśl przychodzą zapełniacze z „Load” i „Reload”.
„Manunkind”, numer dwa, to chyba najciekawiej rozpoczynający się utwór na całym albumie. Od razu przypomina się „My Friend of Misery”, ale także charakterystyczne basowe wstępy Steve'a Harrisa z Iron Maiden wraz z prowadzącym z nim dialog Dave'm Murray'em. Po chwili jednak, gdy klimat się zmienia i przełączamy tryb na „metal”, znów jest... nudno. Kawałek mocno przypomina „The Judas Kiss” z poprzedniej płyty, zwłaszcza w refrenie. Chociaż panowie starali się nagrać coś ciekawego, w tym właśnie momencie słuchacz może zacząć się niecierpliwić. A to dopiero ósmy z dwunastu utworów na całym albumie.
„Here Comes Revenge” zaczyna się ciekawie – słychać tu „...and Justice For All”, później mamy typowe przejścia charakterystyczne dla Metalliki, zwrotkę w stylu „Death Load Magnetic” i wyjątkowo słaby refren. Chciałbym napisać o tym kawałku naprawdę coś pozytywnego, może gdyby został umiejscowiony na płycie wcześniej, jego odbiór byłby nieco lepszy, jednak po blisko godzinie słuchania, aż chciałoby się żeby z głośników poleciała jakaś ballada albo chociażby utwór instrumentalny (jeden motyw mocno zresztą przypomina tu „Suicide & Redemption” z poprzedniego albumu), a nie znów to samo. Za co ta zemsta, panowie?
Numer cztery (albo dziesięć), „Am I Savage?” znów daje nadzieję naprawdę ciekawym wstępem w stylu Iron Maiden. Następujący po nim riff jest solidny, zwrotka to znów klimaty a'la „Load-Reload” (Hetfield chyba dużo słuchał tych krążków w trakcie nagrywania), ale na szczęście pozytywnie zaskakuje refren. Przez chwilę brzmi nawet jak Dream Theater (!) na „Train of Thought”, a wykrzykiwane przez Jamesa „Am I savage?” zostaje w głowie. Chociaż kawałek znów jest przynajmniej o minutę za długi, daje nadzieję, że może jeszcze nie będzie tak źle?
„Murder One” wydaje się odpowiadać na to pytanie twierdząco. Wstęp jest naprawdę rewelacyjny – spokojnie mógłby znaleźć się na „...and Justice For All”. Riff daje radę, jest ciężki, ale też prosty i nieprzekombinowany, a Hetfield tym razem bardziej przypomina Jamesa już z XXI wieku, chociaż nadal wzorującego się na latach 90. Instrumentalna połowa również powinna się podobać. Gitarowe motywy wpadają w ucho, a solówka Hammetta jest wyrazista i przede wszystkim ma odpowiednią długość (chyba realizator w porę wyłączył mu jego wah-wah). Tego kawałka zapychaczem już nie nazwę.
Kiedy wydaje się, że dostaliśmy już wszystko, czego mogliśmy się spodziewać, nagle na sam koniec otrzymujemy prawdziwą bombę. „Spit Out The Bone” to potężna thrashowa jatka, która od razu przywodzi na myśl nieśmiertelne „Damage Inc.” z „Master of Puppets”, czy „Blackened” albo „Dyer's Eve' z „...and Justice for All”. Ja się pytam – dlaczego tak późno? Rozumiem, że w ten sposób panowie w pewien sposób oddali hołd samym sobie, umieszczając na samym końcu takiego hardkora, ale co poniektórzy mogą już do tego momentu zwyczajnie nie dotrwać. Sam utwór na pewno zadowoli najbardziej zagorzałych fanów i jeżeli do tej pory nie podobało się im na tym albumie nic, „Spit Out The Bone” będzie pozytywnym wyjątkiem. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wbił szpilki pewnemu duńskiemu perkusiście. Panie Lars – powiedz nam, jak zamierzasz odtworzyć to na żywo w tempie? No tak, pewnie reszta się nad Tobą zlituje i w ogóle tego grać nie będziecie...

Czy Ci panowie są jeszcze w stanie czymś nas zaskoczyć?
Od lewej: Kirk Hammett, Lars Ulrich, Robert Trujillo, James Hetfield.
Źródło: www.metalinjection.net
„Hardwired... To Self-Destruct” to całkiem porządna pozycja na rynku ciężkich brzmień. Jednak fakt, że jest to twórczość tak legendarnego zespołu, jak Metallica, od razu każe patrzeć na siebie bardziej krytycznym okiem. Mamy tu naprawdę dobre momenty – większość CD 1 nadaje się do wielokrotnego słuchania i chociaż nie jest niczym rewolucyjnym w świecie ciężkich brzmień, wielu słuchaczy tego typu klimatów zadowoli. Końcówka krążka drugiego to także kawał solidnego mięcha, a ostatnie minuty to naprawdę niesamowita kanonada i miód na uszy fanów „prawdziwej Metalliki”. Gdyby jednak zależało to tylko ode mnie, wyrzuciłbym z albumu utwory nr 1, 2, 3 i 4 z CD 2, a „Murder One” i „Split Out The Bone” umieścił na CD 1, i w ten sposób otrzymalibyśmy jeden spójny i naprawdę dobry, a nawet bardzo album. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że wówczas mógłby on konkurować z najlepszymi dokonaniami Metalliki z lat osiemdziesiątych. Na tę chwilę oceniam go minimalnie wyżej niż „Death Magnetic” i fanom Hetfielda i spółki oczywiście polecam – być może po wielokrotnym przesłuchaniu odkryjecie na nim coś nowego, a utwory które mi nie przypadły do gustu, Wam się akurat spodobają.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

sobota, 12 listopada 2016

Jest dobrze!


Źródło: http://static.prsa.pl

Wczorajszy, czwarty już mecz eliminacji do mistrzostw świata w Rosji miał dać odpowiedź na kilka pytań: czy morale zawodników nie upadły w wyniku ostatniej afery alkoholowej? Czy selekcjoner Nawałka potrafi na nowo zebrać do kupy swoich podopiecznych i pomimo wielu przeciwności konsekwentnie iść do przodu? Czy Rumunia faktycznie jest najgroźniejszą drużyną w tej grupie? No i w końcu – czy czeka nas kolejny mecz pełen nerwów? Myślę, że spotkanie w Bukareszcie dało nam doskonały obraz obecnej sytuacji w kadrze, a my z nadzieją możemy patrzeć w następny rok. Ale po kolei:

1. O alkoholowych libacjach części naszej drużyny na poprzednim zgrupowaniu napisano w zasadzie wszystko; sam zresztą stworzyłem dość obszerną notkę na temat zasad, jakimi powinien kierować się piłkarz, kiedy reprezentuje nasz kraj na arenie międzynarodowej. Jak wiemy, selekcjoner Nawałka wraz z prezesem PZPN Zbigniewem Bońkiem stanowczo zapowiadali, że z balangowiczami się rozprawią i żadnej taryfy ulgowej nie będzie. Wielu chciało, aby poleciały głowy, a nazwiska imprezowiczów zostały oficjalnie podane do publicznej wiadomości, a tymczasem, jak widać, sprawa została rozwiązana polubownie i wyłącznie na szczeblu wewnętrznym. Możemy domyślać się jedynie sankcji, jakie zaaplikowano tym najbardziej zabawowym kadrowiczom (prawdopodobnie skończyło się na wysokich karach finansowych i naganach), trzeba jednak przyznać, że Adam Nawałka po raz kolejny udowodnił, że jest wysokiej klasy dżentelmenem, a publiczne pranie brudów nie leży w jego naturze. Nie dość, że nikogo oficjalnie nie potępił, to jeszcze dał drugą szansę tym, o których plotkowało się najwięcej w kontekście niewylewania za kołnierz, a ci nie dość, że zagrali tym razem znacznie lepiej, to w dodatku zasłużyli na wyróżnienie za naprawdę świetne zawody.

2. W nawiązaniu do opisanych powyżej problemów oraz poważnej kontuzji Arkadiusza Milika, wykluczającej snajpera Napoli przynajmniej do marcowych spotkań eliminacyjnych, wielu zadawało sobie pytanie jak będzie wyglądać nasza gra z przodu. Wielką bolączką gry naszej kadry w przeszłości była bowiem ogromna dziura, jaka tworzyła się między drugą linią a osamotnionym na szpicy Lewandowskim, który niejednokrotnie w przypływie frustracji cofał się do środka pola i sam próbował rozgrywać, nie mając przy tym godnego partnera do gry. Na pierwszy rzut oka zestawienie drugiej linii również nie napawało zbyt wielkim optymizmem – Krychowiak zupełnie wypadł z rytmu meczowego, Linetty to zawodnik o tyle zdolny, co wciąż niedoświadczony, Zieliński dobre mecze przeplata fatalnymi, a Grosicki i Błaszczykowski, choć zwykle gwarantują solidną grę na skrzydłach, to skuteczne odcięcie ich od podań do Lewandowskiego praktycznie niweluje naszą siłę ofensywną. A Rumuni to przecież solidna drużyna, co częściowo pokazali na Euro zwłaszcza w meczu otwarcia z Francją. Nawałka miał więc spory ból głowy, jednak w końcu przypomniał chyba sobie, jak wielki potencjał drzemie w drużynie, która przecież całkiem niedawno dopiero po rzutach karnych przegrała na Euro z późniejszym mistrzem.

3. Od początku losowania Rumuni byli przedstawiani jako nasz największy rywal do walki o pierwsze miejsce w grupie. Jako jedyni, oprócz nas, występowali na mistrzostwach Europy we Francji (gdzie jednak osiągnęli znacznie gorszy wyniki niż Biało-Czerwoni), w swoich szeregach mają zawodników grających w klubach ligi włoskiej i hiszpańskiej, a ich selekcjonerem jest od niedawna doświadczony niemiecki trener, Christoph Daum. Chociaż do wczorajszego spotkania zgromadzili zaledwie pięć punktów, mecz u siebie z największym rywalem w grupie miał być tym przełomowym. Życie jednak w brutalny sposób zweryfikowało marzenia Rumunów o osiągnięciu korzystnego rezultatu, a wszelkie obawy z naszej strony okazały się bezzasadne, chociaż nie obyło się bez nerwów, tym razem jednak mających swoje źródło głównie poza boiskiem.

4. Zarówno piłkarze rumuńscy, jak i ich kibice (a w zasadzie kibole), zostali chyba oszołomieni różnicą klas, jaka dzieliła obie drużyny od samego początku spotkania. Polacy spokojnie i bardzo pewnie konstruowali swoje akcje, podczas gdy zawodnicy w żółtych strojach wyraźnie postawili sobie za cel polowanie na kości naszych reprezentantów. Po tym, jak Grosicki niczym Maradona wywiódł w pole wespół z asekurującym go Lewandowskim pięciu obrońców drużyny przeciwnej i mocnym, efektownym strzałem otworzył wynik tego spotkania, wśród zawodników i kibiców rumuńskich dało się odczuć dużą frustrację. Na trybunach co chwilę słychać było odgłosy wybuchających petard, na boisku lądowały race, a gospodarze nie mogli pogodzić się ze swoją bezradnością, gdy raz po raz ich akcje w kapitalny sposób przerywali Piszczek i spółka. Prawemu obrońcy Borussii Dortmund za to spotkanie należy się szczególne wyróżnienie, gdyż dawno nie widziałem meczu, w którym ktoś tak skutecznie wybił grę z głowy swojemu rywalowi. Lewoskrzydłowy reprezentacji Rumunii i Anderlechtu Bruksela, niejaki Alexandru o wdzięcznym nazwisku Chipciu, wyglądał przy naszym asie jak mały, bezradny hipopotamek. Piszczek nie tylko mijał go z dziecięcą łatwością, dzięki czemu co rusz inicjował akcje ofensywne, ale kilkakrotnie w sposób absolutnie światowy powstrzymał groźne ataki swojego rywala, genialnie go blokując, czy nawet wymuszając faule ofensywne.

Źródło: s3.party.pl

Wielka szkoda, że zarówno zawodnicy rumuńscy, jak i ich kibole nie potrafili uszanować klasy naszej drużyny. Kopiącego i depczącego Lewandowskiego Andone jeszcze można by przecierpieć, jednak sytuacja, w której metr od naszego kapitana wybuchła rzucona z trybun petarda, to ogromny, niewybaczalny wręcz skandal na skalę międzynarodową. Tego typu bandytyzm musi być surowo karany, a delikwentowi który takim czynem się "popisał", dożywotnio powinno się odebrać możliwość wstępu na jakiekolwiek imprezy masowe. Miejmy też nadzieję, że UEFA podejdzie do sprawy poważnie, a federacja rumuńska będzie musiała liczyć się ze srogimi konsekwencjami. Dzięki Bogu, że naszej gwieździe nic się nie stało, jednak przez te dwie-trzy minuty milionom kibiców w Polsce musiało szybciej bić serce.
Okazało się, że był to przełomowy moment spotkania. W naszych kadrowiczów wstąpiła sportowa złość, ataki na bramkę Tătărușanu znów się nasiliły, a wprowadzenie w końcówce nabuzowanego Teodorczyka było kolejnym strzałem w dziesiątkę naszego selekcjonera. Snajper Anderlechtu pokazał, że afera alkoholowa w żaden sposób nie wpłynęła na jego dyspozycję, co udowodnił już trzy minuty po wejściu, zaliczając asystę przy pięknym trafieniu Lewandowskiego. Nasz kapitan w najlepszy możliwy sposób odpłacił się więc rumuńskim bandytom, a co więcej, w końcówce spotkania został sfaulowany w polu karnym (znów podawał mu Teodorczyk!), po czym wykonał "jedenastkę" w najlepszy możliwy sposób.
3:0 na boisku najgroźniejszego rywala to doskonały wynik, a nas mogą dodatkowo cieszyć dwie ważne rzeczy: po pierwsze – w końcu udało się utrzymać prowadzenie przy jednoczesnym odparciu ataków rywali i jeszcze ten wynik w końcówce poprawić, a po drugie – przez całe spotkanie piłkarze konsekwentnie realizowali plan selekcjonera i ani przez chwilę nie dali po sobie poznać, że stracili panowanie nad sytuacją. Świetnie spisała się nasza defensywa – widać, że Glik i Pazdan bardzo dobrze się rozumieją, a ich pewność wzrasta, gdy mogą wspólnie tworzyć parę stoperów. Piszczek to absolutna klasa światowa, a Jędrzejczyk pod okiem Nawałki gra coraz lepiej i powoli staje się lewym obrońcą pełną gębą. Fabiański za dużo się nie napracował, ale zawsze był tam, gdzie być powinien. Środek pola również udźwignął presję, chociaż w jego stronę kieruję najwięcej zastrzeżeń, a zwłaszcza do jednej z naszych największych gwiazd – Grzegorza Krychowiaka. Myślę, że przez te trzy-cztery miesiące siedzenia na ławce PSG, na konto naszej "dziesiątki" wpłynęło odpowiednio dużo pieniędzy, dzięki czemu zimą będzie mógł szukać nowego klubu, chociażby na półroczne wypożyczenie. Wczoraj jak na dłoni było widać, że Krycha ewidentnie wypadł z rytmu meczowego, jego decyzje były spóźnione, ruchy powolne, a współpraca z resztą drużyny zupełnie nie przypominała tej z mistrzostw Europy. Apeluję więc do jego agenta, aby jak najszybciej znalazł nowego pracodawcę Krychowiakowi, który w końcu do PSG przychodził jako jeden z najlepszych defensywnych pomocników w Europie. Linetty to chłopak wciąż młody, widać, że momentami zżera go presja, jednak potencjał, jaki w nim drzemie, jest ogromny; dobrze się stało, że pojawił się w okresie, gdy w odmętach trybun Leicester przepadł nam Bartosz Kapustka. Zieliński dał wczoraj bardzo solidny występ, chociaż i on pokazał już, że potrafi więcej. Błaszczykowski jak zwykle nie zszedł poniżej swojego poziomu, a Grosickiego śmiało można określić jako jednego z bohaterów meczu.
Jak zwykle muszę poświęcić parę osobnych słów naszemu kapitanowi. Robert Lewandowski po raz już-nie-wiem-który pokazał, jak niesamowitym jest zawodnikiem, a w naszej kadrze wręcz kosmitą. Niech za samą rekomendację wystarczy fakt, że rywale nie potrafili go powstrzymać inaczej niż chamskimi faulami, a rumuńscy kibole postanowili zorganizować na niego zamach. Po wczorajszych dwóch trafieniach ma już na koncie siedem goli w tych eliminacjach i, jak widać, znów zgłasza aspiracje do odebrania korony króla strzelców tej fazy mistrzostw. Warto też wspomnieć, że w tym momencie z czterdziestoma dwoma golami plasuje się na trzecim miejscu wszech czasów, jeśli chodzi o klasyfikację strzelców w naszej reprezentacji, a do dogonienia jej lidera, Włodzimierza Lubańskiego, brakuje mu zaledwie sześciu bramek. 

Źródło: www.dzennikbaltycki.pl

Po październikowej rundzie w szeregach naszej reprezentacji pojawiło się sporo wątpliwości, niepewności i strachu, czy aby na pewno jesteśmy w stanie udźwignąć presję i po dwunastu latach przerwy awansować na mundial. Chociaż do końca eliminacji długa droga, to znów mogliśmy się przekonać, że potencjał w naszej drużynie jest ogromny, a świetny wynik na Euro nie był przypadkiem. Jeżeli do końca fazy grupowej będziemy grać z takim zaangażowaniem, pewnością i wiarą, jak we wczorajszym spotkaniu z Rumunią, to o awans możemy być spokojni. Zatem do boju Panowie i do zobaczenia w marcu!

Pozdrawiam,
Daniel Wu. AKA Bzdur Stejk

niedziela, 30 października 2016

Muzyka filmowa – mój TOP 20

Czasy, gdy film jedynie przenosił teatr na wielki ekran, minęły bezpowrotnie. Dziś nikt nie wyobraża już sobie kina bez pięknych zdjęć, profesjonalnego montażu, zapierającej dech w piersiach scenografii, a przede wszystkim jednej z wciąż najbardziej nieodgadnionych dziedzin sztuki, oddziałującej na wszystkie ludzkie zmysły muzyki. Najlepsi kompozytorzy potrafią nie tylko stworzyć melodie, które w doskonały sposób współgrają z danymi scenami w filmie, ale także spowodować, że stworzone przez nich dźwięki niejako zaczynają żyć odrębnym życiem.

Dzisiejsze zestawienie miało pierwotnie zawierać dziesięć najpiękniejszych kompozycji filmowych, jakie według mnie kiedykolwiek powstały. Stwierdziłem jednak, że ograniczając się do takiej liczby, pominę wiele wspaniałych melodii, których brak uznałbym za okrutną niesprawiedliwość. Tym razem zrobię więc wyjątek i swą listę rozszerzę do aż dwudziestu pozycji. Myślę, że w żaden sposób nie zaważy to na jakości notki, za to pozwoli wielu osobom zapoznać się z niesamowitymi kompozycjami, które być może zagrają im równie pięknie, jak od lat grają mojemu sercu. Muszę szczerze przyznać, że wybierając motywy muzyczne, które postanowiłem dzisiaj umieścić, parę razy zakręciła mi się łezka w oku.

Nie mógłbym zapomnieć jeszcze o jednej ważnej kwestii, która sprawia, iż większość z nas często nieświadomie popełnia błąd, gdy mówi o kompozycjach w filmie. „Muzyka filmowa", z angielskiego score, to inaczej akompaniament ilustracyjny, który pojawia się jako tło obrazu i często nie wydaje się go nawet na osobnej płycie CD. Za jego stworzenie jest odpowiedzialny wybrany przez producenta kompozytor, a przy okazji wręczania nagród efekty jego pracy zgłasza się do kategorii „najlepsza muzyka oryginalna". „Ścieżka dźwiękowa", czyli „soundtrack" lub „ost", to z kolei lista utworów, które zostały w całości lub częściowo włączone do ogólnej warstwy muzycznej danego filmu. Te najbardziej zapadające w pamięć nagradza się w kategorii „najlepsza piosenka".

Stwierdzając powyższe, ze spokojem sumienia i niekłamaną przyjemnością prezentuję więc osobiste TOP 20 muzyki filmowej:
 
20. Przeminęło z wiatrem (1939, muz. Max Steiner)


 Wielka duma Hollywood. Protoplasta dzieł tworzonych z wielkim rozmachem, ponadczasowy czterogodzinny melodramat, film, który niespełna osiemdziesiąt lat temu potrafił zarobić prawie czterysta milionów dolarów. Nieprędko zostanie wymazany z pamięci, tak jak i piękna muzyka Maxa Steinera.

19. Powrót do przyszłości (1985, muz. Alan Silvestri)


 Klasyka filmu przygodowego. Któż z nas nie chciał wybrać się w wielką podróż z Martym McFly'em? I któż nie nucił tego ponadczasowego motywu autorstwa Alana Silvestriego?

18. Lawrence z Arabii (1962, muz. Maurice Jarre)


Kolejny klasyk Hollywood i kolejny piękny motyw muzyczny. Maurice Jarre (zbieżność nazwisk z Jean Michelem nieprzypadkowa!) dał się poznać w Fabryce Snów jako kompozytor, który idealnie obrazował w sposób muzyczny to, co widać w danej chwili na ekranie. W melodiach z Lawrence'a" idealnie słychać klimaty Bliskiego Wschodu i niemiłosiernie palących piasków pustyni.

17. Terminator 2: Dzień sądu (1991, muz. Brad Fiedel)


Zestaw kompozycji, dzięki którym pokochałem brzmienie syntezatorów. W żadnym innym filmie nie została chyba tak doskonale zobrazowana muzycznie nadchodząca zagłada. Sam film to natomiast mistrzowskie połączenie sci-fi i kina akcji z postapokaliptycznym tłem.

16. American Beauty (1999, muz. Thomas Newman)


Małe zaskoczenie? Nie bez powodu wrzuciłem też dwa motywy muzyczne pochodzące z tego filmu. Uważam, iż Thomas Newman to jeden z najbardziej niedocenionych kompozytorów w Hollywood. Jego melodie w niesamowity sposób zgrywają się z obrazem i wprowadzają widza w nostalgiczny, pełen zadumy nastrój. American Beauty" to wręcz flagowy przykład klasy tego artysty.

15. Rydwany ognia (1981, muz. Vangelis)


Gdyby nie ta legendarna scena i jeszcze bardziej legendarny motyw muzyczny, o filmie Hugh Hudsona nikt by nawet nie pamiętał. Sama produkcja jest przeciętna i mocno przereklamowana, niemniej to, co zrobił Vangelis, komponując muzykę, to prawdziwe arcydzieło.

14. Titanic (1997, muz. James Horner)


Niech rzuci kamieniem ten, kto nie płakał na Titanicu"! Słysząc tę piękną melodię, stworzoną przez zmarłego w ubiegłym roku Jamesa Hornera, od razu przed oczami stają wzruszające sceny z tego niezwykłego i stworzonego z ogromnym rozmachem katastroficznego melodramatu. A jak doda się jeszcze Celine Dion, śpiewającą „My Heart Will Go On"...

13. Seria Piraci z Karaibów (od 2003, muz. Klaus Badelt, Hans Zimmer)

Długo zastanawiałem się, czy muzyka z „Piratów", w dodatku stworzona częściowo przez Klausa Badelta, a częściowo przez Hansa Zimmera, zasługuje na tak wysokie miejsce wśród najlepszych kompozycji w historii kina, zwłaszcza iż same filmy z każdą kolejną częścią są coraz gorsze. Stwierdziłem jednak, że nie ma chyba innej melodii na świecie, która tak bardzo pasowałaby do motywów morskich i pirackich. Ahoj!

12. Szczęki (1975, muz. John Williams)


Pierwsze i nie ostatnie spotkanie z Johnem Williamsem. Jeden z najbardziej złowieszczych motywów w historii kina, który jak ulał pasuje do sceny ataku morderczego rekina. A pomyśleć, że reżyser Szczęk", Steven Spielberg, myśląc nad kształtem muzyki w swoim filmie, jedynie poprosił Williamsa, żeby po prostu zagrał coś, co kojarzy mu się z mrokiem i skradaniem"...

11. Requiem dla snu (2000, muz. Clint Mansell)


Główny temat muzyczny jest równie wstrząsający, co fabuła filmu. Od początku do końca obejmuje twardym uściskiem, dusi, a gdy już puszcza... zostaje w głowie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Coś niesamowitego.

10. Dobry, zły i brzydki (1966, muz. Ennio Morricone)


Ennio Morricone to prawdziwa legenda wśród kompozytorów i nie ma co się temu dziwić, gdy posłucha się chociażby The Ecstasy of Gold" ze słynnego spaghetti westernu „Dobry, zły i brzydki" w reżyserii Sergio Leone. Za samą rekomendację wystarczy fakt, iż słynny metalowy zespół Metallica od wielu lat na swoich  koncertach zawsze puszcza ten motyw przed wejściem na scenę.

9. Park Jurajski (1993, muz. John Williams)


John Williams po raz drugi. Nieśmiertelna muzyka z nieśmiertelnego filmu. Widok poruszającego się brachiozaura w rytm przepięknego motywu przewodniego po dziś dzień zapiera dech w piersiach i pozwala za każdym razem poczuć się jak dziecko.

8. Seria James Bond (od 1962, muz. Monty Norman, James Barry)


Chociaż nie jestem fanem większości filmów o agencie 007, to już muzykę, jaką skomponowali Monty Norman i James Barry, zalicza się do prawdziwej klasyki kina. Motyw przewodni to z kolei jeden z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów instrumentalnych w historii kinematografii.

7. Misja (1986, muz. Ennio Morricone)


Muzykę Ennio Morricone w tym filmie można określić tylko jednym słowem – piękna! Niesamowite jest to, jak ten kompozytor genialnie potrafi wyczuć klimat i przesłanie filmu, a dzięki melodiom, jakie tworzy, jeszcze bardziej podnosi wartość obrazu.

6. Braveheart (1995, muz. James Horner)


Nie „Titanic", a właśnie „Braveheart" Mela Gibsona stanowi szczytowe osiągnięcie Jamesa Hornera. Muzyka jest nie tylko piękna, ale i rewelacyjnie współgra z przesłaniem filmu oraz jego naczelnym słowem – „wolność". Słuchając motywu przewodniego naprawdę można poczuć się lekkim jak ptak.

5. Gladiator (2000, muz. Hans Zimmer)


Rzadko zdarza mi się przesłuchać ten motyw bez uronienia łzy. A jeszcze trudniej jest to zrobić w trakcie oglądania filmu. Hans Zimmer stworzył coś wspaniałego, cudownego i jedynego w swoim rodzaju. Brak Oscara w kategorii „najlepsza muzyka oryginalna" za rok 2000 to prawdziwy skandal!

4. Trylogia Ojciec Chrzestny (od 1972, muz. Nino Rota)


Kompozycja równie legendarna co sam film. Słysząc muzykę z „Ojca Chrzestnego", od razu widzę przed oczami eleganckich panów w garniturach, Sycylię, Amerykę lat 30-tych itp. Trzeba ogromnego talentu i niesamowitego zmysłu, aby tak pięknie połączyć obraz z dźwiękiem, jak zrobił to Nino Rota.

3. Seria Indiana Jones (od 1981, muz. John Williams)




Trzecie miejsce, trzy kompozycje i John Williams po raz trzeci. Słysząc główny motyw, użyty po raz pierwszy w „Poszukiwaczach zaginionej Arki", nie sposób się nie uśmiechnąć. To prosta, wpadająca w ucho melodia, od razu przywodząca na myśl przygodę i nieodgadnione tajemnice tego świata. Jednak „Indiana Jones" to nie tylko wesoły pan w kapeluszu. To także mnóstwo przeciwności, ogrom ryzyka i stawanie oczy w oczy z najgorszymi ludźmi na ziemi. Słychać to także w niesamowitych kompozycjach Williamsa.

2. Trylogia Władca Pierścieni (od 2001, muz. Howard Shore)


Muzyka z trylogii „Władcy Pierścieni" jest tak genialna, że publikowanie zaledwie trzech kompozycji to ledwie źdźbło w ogromnym trawniku, że tak to obrazowo ujmę, wspaniałych melodii, jakie stworzył Howard Shore. We wpisie sprzed tygodnia poczyniłem już uwagę, jak rewelacyjnie stworzonym światem okazało się filmowe Śródziemie. Motywy muzyczne miały w tym wielki, a wręcz kluczowy udział. Serdecznie polecam zapoznać się z całym score z trylogii Petera Jacksona - można się zatracić!

1. Seria Gwiezdne Wojny (od 1977, muz. John Williams)

 


Czy mogło być inaczej? Ukochana muzyka z ukochanej serii filmów stworzona przez najlepszego kompozytora w dziejach Hollywood. Do dziś pierwsze takty „Marszu imperialnego" powodują, że przez całe moje ciało przechodzą dreszcze, a na dźwięk motywu głównego od razu podrywam się i przebudzam. 

Mam nadzieję, że ta krótka podróż przez najpiękniejsze kompozycje w historii kina była dla Was przyjemnością. Ze swojej strony mogę zapewnić, że tematyka muzyki w filmie na pewno jeszcze nieraz na moim blogu się pojawi.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk

niedziela, 23 października 2016

Mój strzał w dziesiątkę

Wracamy do świata filmu. Dzisiaj nie będzie rozprawki, eseju czy rozbudowanej analizy, lecz to co zawsze bardzo lubiłem – zestawienie. Moja rodzina dobrze pamięta, że już od najmłodszych lat pasjonowałem się wszelkiego rodzaju rankingami czy statystykami, samemu przy okazji tworząc mnóstwo (czasem totalnie odjechanych) tak zwanych „topów” – a to najlepsze okładki Kaczora Donalda z roku 1997, a to największe państwa świata pod względem powierzchni, a to najsilniejsze wybuchy wulkanów w historii ludzkości itp. itd. Tym razem chciałbym jednak przedstawić osobiste „The best of the best” ze świata kina. W końcu każdy z nas posiada swoje ulubione tytuły, które jest w stanie obejrzeć po kilka, a nawet kilkanaście razy, nie odczuwając przy tym znużenia i nie odbierając sobie nic z rozrywki. W poniższym rankingu nie dzielę filmów na gatunki, lata produkcji czy twórców. Panie i panowie, oto moi najlepsi z najlepszych:

10. Dwunastu gniewnych ludzi (1957, reż. Sidney Lumet)
 




Film absolutnie ponadczasowy, mimo iż w przyszłym roku minie już sześćdziesiąt lat od jego premiery. Przed pierwszym seansem byłem nastawiony dość sceptycznie: „no jak to, półtora godziny rozmów dwunastu członków ławy przysięgłych, w dodatku w jednym pomieszczeniu? I tak przez cały film?”. A jednak. Dzieło Sidney'a Lumeta, który stał się z czasem jednym z moich ulubionych reżyserów urzeka, hipnotyzuje i paradoksalnie trzyma w napięciu przez cały seans. Dyskusje pomiędzy przysięgłymi są gwałtowne, często ironiczne, ale i bardzo emocjonujące. Pierwsze skrzypce gra tu rewelacyjny Henry Fonda, tak zwany „Number 8.”. To on jako jedyny wątpi w oczywistą, jak wydaje się wszystkim na początku, winę oskarżonego i próbuje przekonać resztę do swoich racji. Robi to w na tyle przekonujący sposób, że co poniektórzy zaczynają zmieniać zdanie...
Film nakręcony został w całości w kolorze czarnym i białym, co tylko dodaje dziełu nieco mrocznego i niepokojącego klimatu. Jeżeli więc jesteście spragnieni dobrych dialogów, wysokiego poziomu aktorstwa i statycznej, ale wcale nie spokojnej akcji, jak najszybciej nadróbcie zaległości!

9. Aż poleje się krew (2007, reż. Paul Thomas Anderson)



Od razu zdradzę, że jest to najmłodszy film w zestawieniu, a jednocześnie magnus opum P. T. Andersona, który postanowił nakręcić dzieło ciężkostrawne, ale figurujące w menu jako danie najdroższe i najbardziej ekskluzywne. Za największą siłę „There will be blood” uważam fenomenalne aktorstwo, a wyczyny Daniela Day-Lewisa to prawdziwy Mount Everest budowania postaci. Jego Daniel Plainview to nie tylko znakomity i inteligentny przedsiębiorca, ale także dążący po trupach do celu, bezkompromisowy tyran, który nie boi się brudu, ciężkiej pracy czy nawet połamanych kończyn. Day-Lewis swoją rolą potwierdził tylko niebywałą klasę, a oscar za pierwszoplanową rolą męską był na tyle oczywisty, że producenci nakręconego w tym samym roku „To nie jest kraj dla starych ludzi”, postanowili zgłosić zawczasu również fenomenalnego Javiera Bardema do kategorii „najlepszy aktor drugoplanowy”.
Chociaż tak jak napisałem wcześniej, nie jest to film łatwy ani przyjemny, wszystkim miłośnikom kina opierającego się na budowie postaci i ciężkiego, wręcz przytłaczającego klimatu, zdecydowanie polecam.

8. Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia (2001, reż. Peter Jackson)



Arcydzieło fantasy, dzięki któremu nie tylko zacząłem oglądać więcej produkcji fabularnych, ale też po raz pierwszy sięgnąłem po książkę, która nie była wciskaną na siłę lekturą. I choć powieść Tolkiena cenię wyżej, filmowa ekranizacja „Drużyny Pierścienia” broni się praktycznie sama. Temat został potraktowany z ogromnym szacunkiem i niezwykłą dbałością o szczegóły, a stworzone przez grupę niesamowitych fachowców Śródziemie to jeden z najlepiej przedstawionych światów w historii kina. Mamy tu między innymi malowniczy kraj hobbitów, Shire; piękne, ale tajemnicze Rivendell, w którym rządzi jeden z najpotężniejszych elfów, Elrond; natrafimy tu również na przerażający, zdominowany przez czarodzieja Sarumana Isengaard, czy w końcu demoniczny Mordor, siedzibę najgorszego z najgorszych – Saurona. Śledząc wędrówkę dzielnego hobbita Froda wraz z przydzielonymi mu kompanami, w pełni identyfikujemy się z każdym członkiem bractwa pierścienia, a emocje, które wprost wylewają się z ekranu, udzielają się również i nam.
Aż trudno uwierzyć, że od premiery tego fantastycznego dzieła minęło już 15 lat.

7. Ojciec Chrzestny (1972, reż. Francis Ford Coppola)



 O tym filmie napisano już wszystko. Zwykle zajmuje pierwsze miejsce we wszelkiego rodzaju rankingach, powszechnie jest uważany za największe arcydzieło filmowe w historii kina. I chociaż w moim zestawieniu zajmuje „dopiero” siódme miejsce, ciężko dobrać mi odpowiednie słowa, które w pełni oddadzą wielkość obrazu Coppoli. Począwszy od fenomenalnego aktorstwa (Al Pacino, Robert Duvall, James Caan, no i oczywiście Marlon Brando, który w roli Vito Corleone zapisał się w historii jako najlepsza kreacja w dziejach kina), poprzez przepiękną oprawę (genialna muzyka Nino Roty, niesamowite zdjęcia oraz mistrzowski jak na tamte czasy montaż), aż po niezwykle wciągającą fabułę, która nie tylko w bardzo interesujący i realistyczny sposób pokazuje schemat funkcjonowania mafii na podstawie dziejów rodziny Corleone, ale również przestrzega przed ogromnym ryzykiem, jakie płynie z prowadzenia ciemnych interesów.
Ze wstydem muszę przyznać, że nie czytałem jeszcze literackiego oryginału napisanego przez Mario Puzo, ale obiecuję, że mam w planach nadrobienie tej haniebnej zaległości.

6. Indiana Jones i ostatnia krucjata (1989, reż. Steven Spielberg)


Tuuuutuuutuuuu-tuuutuuuu-tuuutuuuutuuuuuuu-tuutuuutuuutuu! Któż nie zna tego kultowego motywu muzycznego, stworzonego przez Johna Williamsa? I choć za najlepszy film z klasycznej trylogii Indy'ego uważa się część pierwszą, „Poszukiwaczy zaginionej arki”, moje serce skradła właśnie odsłona trzecia. Niekończącymi się seansami zajechałem nie tylko kasetę, ale i głowicę w rodzinnym odtwarzaczu vhs, a wraz z tatą i bratem do dziś wspominamy nieśmiertelne cytaty, jakimi raczyli nas w trakcie projekcji genialny Harrison Ford (Henry Jones junior, zwany „Indym”) i niezwykle charyzmatyczny Sean Connery (Henry Jones senior). Magnus opum Stevena Spielberga, które jest ode mnie młodsze niespełna trzy tygodnie, to nie tylko kwintesencja kina przygodowego, ale i doskonałe zrównoważenie jego części składowych – jest tu miejsce na humor, akcję, napięcie, wzruszenie i przede wszystkim świetną zabawę. A wszystko podane w idealnych wręcz proporcjach.

5. Czas apokalipsy (1979, reż. Francis Ford Coppola)


Wciąż zastanawiam się, czy umieszczenie przeze mnie najlepszego filmu (około)wojennego w historii kina na miejscu piątym jest do końca subiektywne, niemniej niższa pozycja byłaby dla niego z pewnością krzywdząca. Mamy tu do czynienia z dziełem niezwykle ciężkim – jeżeli ktoś spodziewa się szybkiej akcji, potężnych scen batalistycznych i pompatycznych kwestii wypowiadanych przez bohaterów na środku pola walki, ten srogo się zawiedzie. „Czas apokalipsy” to raczej rozległe studium psychiki żołnierza (świetny Martin Sheen), wplątanego w piekło wojny w Wietnamie, spotykającego na swojej drodze multum absurdów, począwszy od szalonego pułkownika (genialny Robert Duvall), który kocha zapach napalmu o poranku, a skończywszy na poznaniu żołnierza-dezertera (oszałamiający Marlon Brando), z którego grupka szaleńców stworzyła swojego boga. Niesamowity klimat w trakcie seansu potęgują piękne kadry i niesamowita gra kolorów, której nie powstydziłby się sam Stanley Kubrick.
Film Coppoli to alegoryczna adaptacja „Jądra Ciemności” Josepha Conrada, która w niezwykle groteskowy sposób przedstawia absurd wojny i piętno, jakie jest w stanie odcisnąć na życiu człowieka pełniącego służbę w imię swej ojczyzny.

4. Chłopcy z ferajny (1990, reż. Martin Scorsese)


Nie „Ojca Chrzestnego”, lecz właśnie „Chłopców z ferajny” uważam za najlepszy film gangsterski, jaki kiedykolwiek powstał. Martin Scorsese (notabene mój ulubiony reżyser), zaprezentował tu bowiem życie przestępców bez dodawania jakichkolwiek upiększeń i zrezygnował ze sztucznej gloryfikacji świata przestępczego. W pewien sposób potwierdził to, co 18 lat wcześniej zaprezentował Coppola, który zdemitologizował obraz gangstera, jednak tutaj zrobił to w sposób znacznie bardziej brutalny i dosadny. Nie spotkamy u niego „zabijaków-robotów”, których nie tknie żadna kula – każdy może zginąć tego samego dnia z rąk rzekomego przyjaciela, z którym jeszcze rano jadł śniadanie. Dodając do świetnej fabuły kapitalne aktorstwo (Ray Liotta, Robert De Niro i grający życiową rolę, nagrodzony oscarem Joe Pesci) oraz wciągającą, dynamiczną narrację, otrzymujemy produkt typowy dla Marty'ego, jednak w tym przypadku flagowy i po dziś dzień niedościgniony.
Uwaga! Filmu nie polecam ludziom wrażliwym na krew i ludzką krzywdę, ukazaną na ekranie w dość realistyczny sposób.

3. Pulp Fiction (1994, reż. Quentin Tarantino)

Dzieła Quentina Tarantino albo się kocha albo nienawidzi i na pewno nie można przejść obok nich obojętnie. W każdym filmie stawia swój autorski stempel, który odciska w charakterystycznych dla siebie scenach, dzięki czemu od razu widać, z czyim pomysłem mamy do czynienia. To jednak „Pulp Fiction” uważam za największe dzieło reżysera urodzonego w Knoxville. Co więcej, twierdzę, że jest to najlepsza czarna komedia w historii kina i ogólnie jedno wielkie arcydzieło, skupiające w sobie mnóstwo gatunków. Na pytanie, co podoba mi się w tym filmie najbardziej, odpowiadam: „wszystko”. To co jednak wysuwa się na pierwszy plan, to ciekawy, niechronologiczny sposób poprowadzenia historii, kultowe i ponadczasowe dialogi, fantastyczne aktorstwo (brylują tu Samuel L. Jackson, John Travolta, Bruce Willis, Uma Thurman, Harvey Keitel czy Tim Roth) oraz bardzo ciekawe przemyślenia ukryte pod płaszczykiem rzekomo głupich dyskusji.
Sam Tarantino, tworząc pastisz produkcji gangsterskich (na co wskazuje już sam tytuł), nie spodziewał się chyba jak wielkie uznanie na świecie znajdzie jego drugi w karierze pełnometrażowy film. Niby kicz, niby prostota... a jednak. „Pulp Fiction” oglądałem co najmniej dwadzieścia razy i na pewno jeszcze nieraz się spotkamy.

2. Amadeusz (1984, reż. Miloš Forman)

Słuchając dzieł Mozarta przy jednoczesnym zapoznaniu się z jego historią, można stwierdzić tylko jedno – był to jeden z największych geniuszy w dziejach muzyki. Nie dziwi więc fakt, że poświęcony mu film również musiał prezentować jak najwyższy poziom. I chociaż nie jest to biografia wielkiego kompozytora, a raczej luźne zobrazowanie tego, jaki mógłby być na co dzień, dzieło Formana to absolutna perełka wśród produkcji traktujących o muzyce. Wydarzenia zawarte w filmie widzimy oczami Antonio Salieriego (genialny F. Murray Abraham), zdolnego twórcy-rzemieślnika, który nie może zrozumieć dlaczego Bóg dał wielki talent takiej osobie, jak właśnie Wolfgang Amadeusz Mozart (równie genialny Tom Hulce).
Oglądając niedawno „Amadeusza” po raz n-ty, wciąż zachwycałem się niesamowitą reżyserią, znakomicie wykreowanymi postaciami i zapierającymi dech fragmentami, jak chociażby wystawienie opery „Don Giovanni” czy wybitne wręcz zobrazowanie geniuszu Mozarta poprzez scenę pisania słynnego „Requiem”. Dla każdego muzyka jest to film absolutnie obowiązkowy, a kwestie padające w trakcie seansu na pewno zostaną na długo w głowie.

1. Gwiezdne Wojny – Imperium Kontratakuje (1980, reż. Irvin Kershner)


W zasadzie powinienem umieścić tu całą klasyczną trylogię „Star Wars”, gdyż traktuję te trzy filmy jako nierozerwalną całość i najwspanialsze przeżycie, jakie dostałem od kina w swojej dotychczasowej egzystencji. Jednak jeśli mam coś wyróżnić, to będzie to właśnie epizod piąty (według chronologii powstania drugi). „Imperium” uważam za dzieło kompletne, a także najlepsze możliwe połączenie filmu przygodowego i fantasy, dodatkowo umieszczonego w kosmosie. Nie jest to typowe sci-fi – każda planeta to odrębny, starannie zaprojektowany świat, w którym spotykamy oryginalną mieszankę „normalnych” ludzi i niezwykle charyzmatycznych stworzeń. No właśnie, czym byłyby „Gwiezdne Wojny” bez tej armii kultowych i znanych na całym świecie postaci? Darth Vader, Han Solo, Luke Skywalker, Leia Organa, C3P-O, R2-D2, Yoda, Obi-Wan Kenobi, Chewbacca, Imperator, Jabba The Hutt, Boba Fett itp. itd. Opisując wielkość marki „Star Wars” tak naprawdę należy zmierzyć się już nie z serią filmów, ale wręcz całą kulturą, jaka powstała na kanwie tej opowieści. Piękne jest to, jak ta łącząca pokolenia niesamowita przygoda wciąż odkrywa się przed kolejnymi widzami i nie pozwala o sobie zapomnieć, pomimo prawie czterdziestu lat od premiery „Nowej Nadziei”.
A samo „Imperium”? Mroczne, nieprzewidywalne, ze świetnym rozwinięciem mojej ulubionej postaci, mrocznego lorda Dartha Vadera i przede wszystkim najbardziej dojrzałe. I chociaż wciąż jest to film, który mogą oglądać zarówno młodsi, jak i starsi – jego uniwersalność i potęga marki stworzona przez grupę niesamowitych wizjonerów, sprawia iż za każdym razem, gdy opowiadam o „Gwiezdnych Wojnach”, przez moje ciało przechodzą dreszcze.

I tym sposobem udało się dotrwać do końca. Mój top jest oczywiście subiektywny i chociaż kocham wymienione powyżej filmy całym swoim sercem, nie wiem czy owe zestawienie powtórzyłbym, gdyby poproszono mnie o ocenę w pełni obiektywną. Jedno jednak jest pewne – gdyby któryś z opisanych dzisiaj obrazów nie zagościł w moim życiu, być może moja pasja do kina nie byłaby jeszcze tak rozwinięta.

Pozdrawiam,
Daniel Wu., AKA Bzdur Stejk